Motyl z wizerunkiem głowy węża na skrzydłach, czyli samokreacja w ewolucji

Walka pomiędzy ewolucjonistami i kreacjonistami trwa. Od samego początku była to batalia o stwierdzenie, czy jesteśmy tworem ewolucji i potomkami małp czy dziećmi Boga. We wrzawie, jaka towarzyszy temu sporowi, biorącemu początek od słynnego wystąpienia Darwina, giną głosy naukowców, którzy zadają trudne pytania, żądając wyjaśnień i niepodważalnych dowodów.

Poniżej prezentujemy fragment publikacji zamieszczonej w grudniowym numerze NŚ (12/2015).

Generalnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że spór ten jest jednak jałowy. Stale powtarzane są te same banały, które – w zależności od potrzeby – przedstawia się jako niepodważalne argumenty, pewniki nauki albo wiary. Osobom zachowującym wobec tej dysputy dystans wydaje się on jałowy podwójnie, gdyż zarówno kreacjonistów, jak i ewolucjonistów bez trudu da się włożyć do jednego worka: fundamentalistów i fanatyków. Zabawnym elementem walki tych dwóch obozów jest fakt, że kreacjoniści za wszelka cenę chcą przedstawić dowód na istnienie inteligentnego projektu, ewolucjoniści natomiast święcie wierzą w nieomylność darwinizmu i nie widzą nawet potrzeby udowadniania swojej teorii w kwestionowanych przez opozycję punktach.

Można postawić pytanie o źródło takich postaw. Wiele wskazuje na to, że są one efektem modelu kształcenia młodzieży w szkołach, gdzie wiedza walczy codziennie z religią, a formułowane oceny zależą od zaangażowania w powielanie określonych poglądów nauczyciela. W późniejszym wieku nie wygląda to inaczej, bowiem stanowiska, gratyfikacje oraz nagrody stają się pochodną głoszenia i udowadniania poglądów pracodawcy. Niezależność myślenia kosztuje, a mało kogo stać na taką ekstrawagancję.

W zasadzie obowiązują dwa skrajne stanowiska, a wszelkie wysiłki, by je pogodzić, jak na przykład propagowanie nauki inteligentnego projektu, stanowią zakamuflowane próby przemycenia Boga osobowego z całym bagażem sfery sacrum, towarzyszącej mu w obrębie danej religii czy kościoła. Z kolei ewolucjoniści szafują pojęciem dowód nawet tam, gdzie przedmiot dowodu w żaden sposób nie przystaje do luki w ich argumentacji.

Aby nie wchodzić w jałową dyskusję i nie opowiadać się po żadnej ze stron, nie będę przytaczał znanych racji obu stronnictw. Przypomnę natomiast dwa argumenty, jakie głoszą one przeciwko sobie samym.

Kreacjoniści przypisali świadome sprawstwo Bogu, a więc wykreowali Boga osobowego, poznawalnego, ograniczonego, skończonego. Mogłoby to tłumaczyć niedoskonałości, błędy kreacji, a przede wszystkim okrucieństwo tego świata zbudowanego na bazie bezwzględnej walki o byt, w której silniejszy zawsze pożera słabszego. Przeczy to jednak głoszonemu przez nich pojęciu Boga niepoznawalnego, nieograniczonego, nieskończonego, darzącego rodzaj ludzki bezbrzeżną miłością.

Ewolucjoniści za dowody ewolucji gatunków uznali opisy skutków tego procesu, czym wbrew pozorom – mimo ogromnej pracy Darwina i jej kontynuatorów – ani na jotę nie przybliżyli się do wyjaśnienia mechanizmu ewolucji. Gdyby bowiem przemiana gada pokrytego łuskami w ptaka pokrytego piórami trwała miliony, czy choćby setki tysięcy lat, w wykopaliskach na jeden kościec gada i jeden ptaka przypadałyby tysiące szkieletów ćwierćptaków i półptaków....

Więcej w grudniowym numerze NŚ (12/2015) str. 56-57.

Numer bieżący



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.