Zioła, leki naturalne i suplementy diety, czyli subiektywny przewodnik po praktyce chaosu

Który to był już tekst na ten temat na łamach opiniotfurczego tytułu w okresie ostatnich, powiedzmy, 10 lat? Nieważne. Tak jak większość poprzednich, miał głębokość kałuży na Saharze w samo południe. Nie ma więc sensu rozważać jego wątpliwej treści, wymieniać nazwiska autora czy czasopismo, w którym się ukazał. Stał się jednak bodźcem do tego, aby złapać byka za rogi i zmierzyć z zagadnieniem dostępnych na naszym rynku produktów zielarskich, leków naturalnych i suplementów diety.

Poniżej prezentujemy fragment publikacji zamieszczonej w listopadowym NŚ (11/2016).

Bo mamy w istocie z tym zagadnieniem poważny problem, tyle że przez gros publicystów traktowany albo naskórkowo, albo jednostronnie. Ze swej strony bynajmniej nie będę rościł sobie prawa do bycia fachowcem, tym bardziej, że muszę mieć na względzie, iż jest pismem adresowanym do masowego odbiorcy oraz nie mam ambicji, by problem potraktować wyczerpująco, zwłaszcza iż to, co piszę, będzie zbiorem informacji i refleksji formułowanych z punktu widzenia obserwatora, z zachowaniem w miarę obiektywnego osądu.

O co zaś generalnie chodzi?

Otóż mamy do czynienia z poważnymi zastrzeżeniami dotyczącymi pokaźnej i z roku na rok coraz większej liczby produktów, określanych mianem suplementów diety (SD), dostępnych zarówno w aptekach i sklepach zielarskich, jak i innych punktach sprzedaży tudzież w postaci bogatej oferty internetowej. Z formalnego punktu widzenia (od 2002 roku kiedy to pojęcie pojawiło się w polskim ustawodawstwie; natomiast 10 lat później weszły w życie nowe regulacje, tym razem na poziomie Unii Europejskiej) nie są to produkty lecznicze. Należą one do kategorii środków odżywczych i podlegają odpowiednim dla nich regulacjom.

Zarzuty z palca wyssane i poważniejsze

W publicystyce formułuje się wobec nich trzy rodzaje zarzutów. Pierwszy brzmi tak, iż wszelkiego rodzaju dodatki dietetyczne są zbędne, a w nadmiarze (cokolwiek to znaczy) nawet potencjalnie szkodliwe. Natomiast wszystkie niezbędne witalne substancje (mikroelementy, witaminy, kwasy tłuszczowe) może zapewnić nam dobrze zbilansowana dieta (słowo-klucz, którego nikt nie potrafi objaśnić).

Nie będę tu bliżej analizował tej kwestii, gdyż wymagałoby wielu odrębnych publikacji. Ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że w świetle tego, czego dowiedzieliśmy się od takich badaczy i autorów jak Pauling, Rath, Hoffer, Last, Ożarowski, Wawer, Wiąckowski, Dupuis, Peszko, Zięba i wielu innych, wyartykułowane przed chwilą poglądy są dowodem głębokiej ignorancji głoszących je osób, zwłaszcza na łamach prasy mainstreamowej w rodzaju Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Polityki, Newsweeka, Wprost czy periodyków popnaukowych typu Wiedza i Życie, Focus, XXI Wiek oraz Świat Wiedzy.

Znacznie poważniejsze są dwie kolejne kwestie: fakt, iż spora część preparatów o statusie suplementów jest ze względów merkantylnych oferowana i reklamowana jako produkty lecznicze, z czym nie zgadza się szeroko rozumiane środowisko lekarsko-farmaceutyczne oraz wysuwany z kolei przez fitoterapeutów i fitofarmaceutów zarzut niezdrowego konkurowania SD z typowymi lekami roślinnymi (w tej grupie mieszczą się także tradycyjne lecznicze produkty roślinne lub asortyment podobnie zdefiniowany, nad czym, nie warto się rozwodzić, pozostawiając dzielenie włosa na czworo specjalistom). Te z kolei problemy wymagają poważnego potraktowania, gdyż ze wspomnianymi zastrzeżeniami, formułowanymi z pryncypialnych pozycji, akurat należy się zgodzić. W istocie, przegląd półek aptecznych i lawina reklam we wszystkiego typu środkach przekazu, prezentujących preparaty na wszelkie możliwe niedomagania, od (przysłowiowych) stóp do głów, na niestrawność i trądzik, problemy z potencją i nerwy, klimakterium i osłabienie wzroku, nie mówiąc o wszelkiej maści odchudzaczach, sprawiają, iż wszystko to tworzy obraz wielkiego chaosu wartego uporządkowania w celu ustalenia, co jest prawdziwą i godną ofertą, a co hucpą, co znalazło potwierdzenie, a co tylko pozostaje domniemaniem lub zgoła nieprawdą.

Rośliny lecznicze, a nie żadne ziółka

Zacznijmy ab ovo – od roślin leczniczych. Nie żadnych tam ziółek, a ten, kto używa tego lekceważącego określenia czy w inny sposób deprecjonuje fitoterapię, jest po prostu pogrążony w niewiedzy, chociażby legitymował się nie wiem jakimi tytułami naukowymi z profesurą włącznie...

Więcej w listopadowym numerze NŚ (11/2016) str. 66-69

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.