Niepokojący incydent w Ruwa

16 września 1994 r. kilkudziesięciu uczniów szkoły podstawowej w Ruwa k. Harare stało się świadkami lądowania obiektu, z którego wyszła ubrana na czarno postać o wielkich oczach i długich włosach.


Piotr Cielebiaś

Kilkoro dzieci odebrało od ufonauty telepatyczny przekaz o konieczności zmiany kursu naszej cywilizacji. Tą tajemniczą sprawą zajęła się wkrótce zimbabwańska badaczka UFO Cynthia Hind oraz dr John E. Mack. Pomimo upływu lat bliskie spotkanie z Ruwa nadal nie daje o sobie zapomnieć.

O Zimbabwe w ostatnich latach mówi się głównie w kontekście problemów politycznych oraz gospodarczych, a zwłaszcza hiperinflacji, która sprawiła, że tamtejszy bank centralny został zmuszony do emisji banknotu o niewyobrażalnym nominale stu trylionów dolarów. Ten bogaty w surowce kraj biednych ludzi, od dekad rządzony twardą ręką przez ponad 90-letniego despotę Roberta Mugabe, większości Europejczykom kojarzy się zapewne z safari, a już na pewno nie ze zjawiskiem UFO. Tymczasem Ruwa (czyt. ruła) – podstołeczne miasteczko w Zimbabwe stało się w przeszłości areną jednego z najbardziej kontrowersyjnych, ale i niepokojących Bliskich Spotkań w ostatnich dekadach. Wydarzenia, jakie rozegrały się na placu jednej z tamtejszych szkół wciąż nie dają o sobie zapomnieć i choć minęło ponad 20 lat, ich świadkowie wciąż zapewniają:

To wydarzyło się naprawdę!

Było piątkowe przedpołudnie 16 września 1994 roku. Na zewnątrz robiło się gorąco. Uczniowie prywatnej podstawówki Ariel School w Ruwa wyszli na przerwę na szkolny plac. Wkrótce zakotłowało się też pod sklepikiem, w którym jako wolontariuszka sprzedawała Alyson Kirkman – matka jednej z uczennic. Na tamtej przerwie była to jedyna dorosła osoba doglądająca dzieci, gdyż grono pedagogiczne zebrało się w pokoju nauczycielskim na krótką, copiątkową naradę.

Kwadrans po 10-tej gwar na podwórzu zrobił się większy niż zwykle i zapanowała lekka panika, co nie uszło uwadze nauczycieli. Jako pierwsza o tym, co wydarzyło się na niewykarczowanym placu obok szkoły, dowiedziała się pani Kirkman.

Parterowy budynek Ariel School sąsiadował z dużym dziedzińcem – placem zabaw, który porastały z rzadka drzewa chroniące dzieci przed palącym słońcem. Dalej plac szkolny przechodził w suchozielony, nieoczyszczony wówczas teren pokryty ciernistymi zaroślami i trawami. Busz przecinała ścieżka oraz słupy energetyczne. Uczniowie mieli zakaz zapuszczania się na ten obszar (gdzie mogły żyć węże, skorpiony i jadowite pająki), choć z powodu braku ogrodzenia mogliby się tam łatwo przedostać.

Sama szkoła Ariel, jak wspomniano, była placówką prywatną o dość wysokim czesnym. Jej uczniowie stanowili mieszaną grupę w wieku 6-12 lat. Byli wśród nich zarówno Afrykanie (reprezentujący różne plemiona), Anglicy, Rodezyjczycy (biali Afrykanie – urodzeni na kontynencie potomkowie kolonistów angielskich), mulaci oraz Hindusi.

W pamiętny piątek po 10-tej, według szacunków na placu szkolnym przebywało ok. 250 dzieci. Fakt, że pozostawały bez opieki budzi oczywiście zdumienie i wydaje się szczytem nieodpowiedzialności, jednak nauczyciele z Ariel School tłumaczyli, że byli po prostu spokojni o bezpieczeństwo podopiecznych, którzy nigdy w podobnych sytuacjach nie nadużyli ich zaufania.

Powróćmy do Alyson Kirkman, do której co chwilę dochodziły pełne emocji meldunki uczniów zaczynające się od słów Proszę Pani…! – i wspominające coś o małym człowieku, jaki miał pojawić się na placu za szkołą. Kobieta jednak nie reagowała, uznając, że uczniowie żartują.

Dzieci tymczasem stawały się coraz bardziej niespokojne. Nauczyciele, indagowani potem przez dziennikarzy i ufologów, dlaczego nie wyszli sprawdzić, co się dzieje, tłumaczyli, iż dzieci zawsze krzyczą. Kiedy przerwa się skończyła, a uczniowie wrócili do klas, okazało się jednak, że roztrzęsieni opowiadają o czymś bardzo dziwnym. Kilkoro płakało z obawy przed czarnym człowiekiem, który przyszedł, by je zjeść. Starsi uczniowie opisywały z kolei przejmujące spotkanie z ufoludkiem.

Przytomnością umysłu w tej dziwacznej sytuacji wykazał się brodaty Colin Mackie – dyrektor szkoły, który kazał dzieciom narysować, co widziały – pisała Cynthia Hind (zmarła w 2000 r.), pionierka ufologii na Czarnym Lądzie. Urodzona w Afryce Południowej Hind była absolwentką psychologii i anglistyki. W latach 50. ub. w. wyemigrowała do Rodezji, gdzie w Salisbury (późniejszym Harare) jej rodzina założyła fabrykę mebli, która wkrótce stała się największym tego typu przedsiębiorstwem w kraju. O tym, co wydarzyło się w Ruwa, Hind dowiedziała się dość szybko od dziennikarzy i razem z ekipą telewizyjną, swoim synem oraz ufologiem Gunterem Hoferem, zjawiła się na miejscu 20 września, przeprowadzając pierwsze wywiady z dziećmi.
Jak się niebawem okazało, świadków zdarzenia było 62....

Więcej w lipcowym NŚ (07/2017), s. 48-51

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.