Od niedawna w Chinach obowiązuje niezwykłe prawo. W myśl nowych przepisów wyznawcy buddyzmu tybetańskiego nie mogą uznać danej osoby za wcielenie Buddy bez… zgody rządowego departamentu do spraw religii.
Objęty tym edyktem został nawet Dalajlama, co oznacza, że władze w Pekinie nie będą respektować jego następcy, jeśli zostanie on ogłoszony bez porozumienia z ateistycznym rządem Państwa Środka. W ogóle komunistyczne władze najchętniej decydowałyby o tym, czy duszy wolno inkarnować się w tym, czy innym wcieleniu.
Proces poszukiwania dziecka, w którym odradza się zmarły lama, jest jednym z najbardziej mistycznych rytuałów znanych we współczesnym świecie. Tymczasem kilka miesięcy temu zdecydowano, że cały aparat potrzebny do wybrania nowego duchowego przywódcy musi zostać przedstawiony Departamentowi ds. Religii, aby ten wyraził zgodę na jego użycie. Według oficjeli ma to stanowić wstęp do instytucjonalizacji tradycyjnych metod stosowanych w buddyzmie tybetańskim. Natomiast sami wyznawcy uważają, że jest to krok w kierunku całkowitego przejęcia kontroli władz ateistycznych nad życiem duchowym mieszkańców Dachu Świata. W czasie jednego ze swych wystąpień przed ośmiu laty urzędujący obecnie dalajlama, Tenzin Gyatso zapowiedział, że jego następca urodzi się poza Tybetem, bo tylko w ten sposób inkarnacja Buddy uniknie prześladowań ze strony totalitarnych władz. Tymczasem faworyt Gyatso, panczenlama Gendun Czokji Nima, zniknął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach i uważany jest za najmłodszego więźnia politycznego na świecie. Zgodnie z tradycją, to właśnie on powinien wskazać nowego, XV Dalajlamę, gdy obecny zakończy żywot. Trudno w tej sytuacji przewidzieć, jakie będą dalsze konsekwencje ingerencji Chińczyków w życie duchowe lamaitów.
|