Velada - czyli seans halucynogenny

Chcę opowiedzieć o doświadczeniu, jakie stało się moim udziałem w górach Sierra Mazateca w Meksyku po zażyciu grzybków Psilocybe mexicana


Maciej Kuczyński

Mój przewodnik Enrique, antropolog, poprowadził mnie wieczorem stromymi uliczkami Huautli, górskiego miasteczka Mazateków. Po drodze, wstępując do sklepików, kupiliśmy świece, indycze jaja i kwiaty. 

Droga była jak najdalsza od wyobrażeń o miejscach wtajemniczeń. Okazała się zwykła, pospolita i przyziemna. Wąskie zakamarki pośród kamieniczek, psy stojące pod murem, zaśmiecone zaułki, betonowe schodki, rynny, ścieki kuchenne, podarte faliste blachy, oderwane płyty, jakieś stare szyldy, szczeliny między domami na szerokość ramienia, cegły pod stopami, rozbite naczynia. To była wędrówka do slamsów, nędzy i wydziedziczenia, nie ku zbudowaniu duszy. Tak to odbierałem.

 Przeglądaj SPIS TREŚCI numeru 6/2018

Weszliśmy na podwórze, nędzne, po desce z sękiem rozciągniętym nad wieczną kałużą. Zobaczyliśmy wyszczerbione plastykowe miednice, beczki obrośnięte chwastami, dwie małe przybudówki, szmatę zatkniętą za framugę, dziurawe majtki wyprane z koloru, popękane doniczki, brudno-szare ścierki, zardzewiałe rynny, połamane listwy, bambusowe patyki. (...)

Zza bezbarwnej kotary wychynęła się Donna Delia z rodziny miejscowych Mazateków. Przywitała się, podając obie dłonie, jakby w geście tajnego porozumienia. Zapewne wyczuła, że tu trzeba dodać otuchy. Nie była już młoda (to dobrze - pomyślałem), ale i nie wydawała się stara. Miała doświadczenie i potrzebną wiedzę - pamiętałem zapewnienia Enrique.

Poczynałem rozumieć, patrzyłem i pojmowałem: nic z tego, co widziałem nie miało pomagać. Przeciwnie, tu wszystko, co fizyczne winno odpychać, zniechęcać i zrażać, bo nie po to przybyłem, aby zanurzać się we wnętrzach estetycznych i skomponowanych, które mają przywołać przyjemne wrażenia, oferować miłe uczucia, a swoim symbolicznym znaczeniem, artystycznie stworzonym nastrojem, budować głębsze stany ducha.

(...) Usiadłem na krześle prostym, drewnianym, podczas gdy ona na ołtarzu czyściła grzybki i układała parami na liściach banana. Podała mi potem na dłoni wydzieloną porcję. Wziąłem ją do rąk i począłem zjadać po dwa, kładąc do ust parami. Małe, cienkie szypułki, kapelusik okrągły, przeżułem sześć par i czekałem, a ona szeleściła liśćmi, papierkami, odwrócona tyłem, widziałem tylko jej ciemny warkoczyk. Blask falującej świecy poruszał obrazy, przesuwał po nich cienie, jakby były żywe.

Poczułem mrowienie, drętwienie palców, ociężałość, dotyk w żołądku, aż w końcu sięgnęło to głowy...

To jedynie fragment niniejszego artykułu. Pełną wersję przeczytasz w NŚ 6/2018 dostępnym także jako e-wydanie

W sprzedaży



Newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.