Jesteśmy tym, co myślimy i czym żyjemy

Spis treści

 

  • Jak Pan myśli, dlaczego naturalne i alternatywne metody terapii są przez niektórych lekarzy tak uporczywie zwalczane?

Okładka książki profesora nauk medycznych Radovana Starca na temat metody Domančića– Medycyna naturalna jest tak naprawdę kontynuacją tradycji. Ta tradycja liczy sobie tysiące lat, podczas gdy medycyna akademicka funkcjonuje dopiero od lat dwustu i, co gorsza, zaprzedała się farmacji. Przemysł farmaceutyczny skorumpował medycynę. Powtarzam raz jeszcze, że integralną część naszej placówki w Bledzie stanowi Ministerstwo Zdrowia (tak dokładnie w zapisie wypowiedzi tłumaczki - przyp. red.), a ja jestem im na tyle potrzebny, że wybaczają mi to, co mówię.

  • Jeśli dobrze zrozumieliśmy, Pana wstęp o Kościele, zresztą zupełnie przez nas nieplanowany, ma swoje znaczenie w tym sensie, że instytucja ta rości sobie prawo do limitowania kontaktów człowieka z Bogiem i uzdrawiającą energią. Tymczasem taki limit nie istnieje i nikt nie ma prawa ani kompetencji, by go ustanawiać. Bo to jest dostępne dla każdego człowieka niezależnie od tego, jaką religię wyznaje.

– Próby narzucenia w tej mierze przez niektórych hierarchów kościelnych monopolu ocennego są czystym absurdem. Odwołam się tu do pewnego autentycznego wydarzenia. Kiedy słoweński kardynał Rode (chodzi o kardynała Franza Rode - przyp. NŚ) wyjeżdżał do Watykanu, zaproszono cały korpus dyplomatyczny, a także mnie i moją małżonkę. I wtedy kardynał podszedł do mnie, położył mi rękę na ramieniu i powiedział: Panie Domančić, znalazł się Pan w całym tym naszym bigosie. Skoczył Pan jak zając w kapustę.

Z kolei inny z kardynałów słoweńskich zapytał pewną osobę, czy to prawda, że Domančić nie wierzy w Boga. Jaka była odpowiedź? Można powiedzieć, że ja rzeczywiście nie wierzę w Boga, bo wiem, że On jest (więc nie muszę w niego wierzyć).  Jak widać, jest to pewien rodzaj dialogu, który w Kościele słoweńskim toczy się z oporami. Powtarzam jednak: przemian zatrzymać się nie da.

Nasz wspólny Ojciec, który wszystko wie i wszystko może, wybrał w mojej osobie jednego nieposłusznego, ale wystarczająco upartego. Właśnie dlatego moim mottem jest czynić dobro i mówić prawdę. Nie kłaniam się w pas nikomu oprócz Stwórcy. Jeśli ktoś np. pyta, ile czasu poświęcam na modlitwę, odpowiadam, że codziennie osiem-dziewięć godzin, ponieważ formą modlitwy jest dla mnie to, czym się zajmuję. Moja terapia jest dla mnie postacią modlitwy. W myślach zwracam się się do Boga – to jest pewna mentalna konwersacja – prosząc o to, by dał mi siłę pomagać nieszczęśliwym ludziom.

  • Zajmijmy się bardziej szczegółowo Pana terapiami. W filmie „Think about it” („Pomyśl o tym”), który był emitowany przez „Discovery Channel” i BBC, a który oglądaliśmy, określa się Pan jako „mechanik systemu odpornościowego”. Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl? Czym różni się metoda Zdenka Domančića od innych sposobów i technik pracy z bioenergią?

–  Przede wszystkim szczególne jest to, że pozwoliłem ją sprawdzić niezliczoną ilość razy przez naukowców i medycynę. Jej efektywność weryfikowano w bardzo prosty sposób – np. kogoś, kto miał problemy z białaczką, badano przed i po terapii. Dzięki temu można było dokładnie przekonać się, jakie ta metoda przynosi rezultaty. Poza tym wypracowaliśmy tu określone procedury, zarówno merytoryczne, jak i etyczne, które zostały zapisane w postaci siedmiu podstawowych technik stosowanych w bioenergoterapii według mojej metody (można je znaleźć w naszym skrypcie), do czego dochodzi kodeks etyczny terapeuty. Zgodnie z nim nigdy np. nie mieszamy się do terapii zaordynowanej pacjentowi przez medycynę konwencjonalną.

  • Nigdy? Nawet, jeśli w Pana, Waszej ocenie, jest ona błędna?

– Nawet wtedy. Nie przyjmujemy również chorych, którzy nie mają diagnozy lekarskiej. Kierujemy ich wówczas do lekarza i dopiero po sformułowaniu wspomnianej diagnozy stosujemy naszą terapię, za którą nie pobieramy wyznaczonych z góry opłat, pozostawiając je uznaniu i możliwościom samych pacjentów. To tylko niektóre podstawowe zasady, jakimi kierujemy się w pracy.

Generalnie zaś wygląda to tak, że nie jestem tym, który macha rękami, zakłada jakieś cudowne stroje i mówi, że wszystko umie. Umożliwiam natomiast sprawdzenie mojej metody, udowadniam, że ona jest skuteczna.

  • Chwileczkę. Chcielibyśmy jednak, bo to ważne, doprecyzować istotę problemu. Czy Pana metoda to przede wszystkim fizyka czy duch? A może połączenie jednego i drugiego?

Wymiana myśli i poglądów między nami, do jakiej doszło podczas trzygodzinnego wywiadu, co naturalne, nie była wolna od różnic zdań i kontrowersji– Każda nasza komórka w ciele ma pewną otoczkę, a ciało wokół siebie aurę. Wszystkie te systemy organizmu powstały w oparciu o pewną życiową bazę. Energia, którą wykorzystuję, jest energią poinformowaną. W momencie, gdy system odpornościowy znajduje się w dysfunkcji, trzeba go naprawić. Naprawiamy to samo tym samym. Korzystamy z tego samego materiału. Nasz organizm składa się z części fizycznej, energetycznej, mentalnej i duchowej. One wchodzą ze sobą w różne reakcje, np. emocje i strona racjonalna (mentalna). Kiedy podejmujemy istotne dla nas decyzje, powinniśmy kierować się rozumem, racjonalnością, a nie emocjami.

  • Jak udało się doprowadzić do tego, że przeprowadzono z Panem tak ważne badania w Instytucie Onkologii w Lublanie i kilku innych placówkach naukowych? Pytamy o to, ponieważ wyniki tych eksperymentów są rewelacyjne (o czym szerzej w bloku publikowanym w nr. 8 i książce profesora Starca - przyp. red.). Trudno przy okazji oprzeć się gorzkiej refleksji, że w Polsce byłoby w ogóle niemożliwe już samo zainicjowanie takich doświadczeń. Tymczasem fakty są takie, że pozostały po nich namacalne dowody w postaci zdjęć i wyników eksperymentów, które robią ogromne wrażenie.

– Gdybym wyleczył w Polsce kilkaset tysięcy ludzi, myślę, że także tutaj można byłoby przeprowadzić podobne badania. W Europie i na świecie problemem jest, że nie ma odpowiednio silnych, charyzmatycznych uzdrowicieli. Na czym ja zbudowałem swoją markę? Na tym, że nie boję się żadnych badań laboratoryjnych, weryfikacji, udziału w naukowych eksperymentach. Nie boję się, bo wiem, jaka jest wartość mojej metody.

Lekarze, którzy przeprowadzali ze mną badania w Instytucie Onkologii, nie mogli uwierzyć w to, że umieszczone w probówkach komórki, które były uszkodzone np. wskutek zmian nowotworowych, dosłownie na ich oczach umierały. Kiedy zaś do probówek włożyli komórki zdrowe i zainfekowane, umierały tylko te drugie, natomiast zdrowe pozostawały żywe. W tym momencie dotychczasowa wiedza (nauka, intelekt) staje się bezradna, nie potrafi tego wytłumaczyć. Bo na naszych oczach kreuje się coś, co możemy nazwać cudem. A cud tak naprawdę jest przywilejem ludzi zwyczajnych. /śmiech/

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.