Dziewczynka z billboardu

Spis treści

To najbardziej metafizyczny reportaż radiowy spośród tych, jakie znam, a jednocześnie wyjątkowo wyrazista w swojej warstwie ezoterycznej opowieść, którą napisało samo życie. Jej punktem wyjścia stało się zdjęcie wykonane przed 33 laty przez koszalińskiego fotografika Zdzisława Pacholskiego

Aby zrozumieć, o czym w tym przypadku mówimy i co miała na myśli Kapituła Melchiorów, szczególnie prestiżowych nagród, jakimi honorowani są reportażyści radiowi – przyznając w 2008 r. Jolancie Rudnik z Radia Koszalin za Dziewczynkę z billboardu główny laur w kategorii reportaż artystyczny wraz z podkreśleniem, że jej dokumentalna relacja wznosi się ponad dosłowność wydarzeń – musimy cofnąć się w czasie o 33 lata. Właśnie wtedy bowiem zapoczątkowana została historia, której pointa wskutek niezwykłego splotu okoliczności miała ujawnić się dopiero w 2007 roku.

Jest początek lata 1976 roku – moment, który w powojennej historii Polski zapisał się szczególnie burzliwie. 24 czerwca ówczesny premier Jaroszewicz przedstawia w Sejmie projekt rządu dotyczący wprowadzenia drastycznej podwyżki cen podstawowych artykułów żywnościowych. Okazuje się to przysłowiową iskrą, która podpala lont w postaci gwałtownych protestów społecznych. Już nazajutrz w Radomiu, Ursusie oraz Płocku dochodzi do wybuchu strajków połączonych z masowymi demonstracjami, zajściami ulicznymi i walkami z milicją. W wyniku zamieszek setki osób zostają aresztowanych i osadzonych w więzieniach, gdzie służby porządkowe urządzają im osławione ścieżki zdrowia. Ludowa władza nie po raz pierwszy pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
Jednocześnie partia odgórnie zarządza, by we wszystkich większych miastach zorganizować wiece solidarności z jej polityką, których uczestnicy potępiają warchołów oraz chuliganów z Radomia i Ursusa. Przygotowywane są pośpiesznie banery z judzącymi hasłami, a aktywiści partyjni i związkowi zmuszają ludzi do udziału w zainscenizowanych naprędce żenujących po­litycznych spektaklach. Nie inaczej jest w Koszalinie, gdzie taki właśnie wiec z udziałem oburzonych załóg przedsiębiorstw oraz obywateli miasta odbywa się w centrum pomorskiej met­ropolii.

Nikt nie ma świadomości, że we wspomnianym miejscu i czasie nastąpi przecięcie się tego, co niektórzy określają mianem perspektywy dziejowej, z planem metafizycznym.

Koszaliński fotografik Zdzisław Pacholski tego dnia wybrał się ze znajomymi nad jezioro. Gdy przejeżdżają w pobliżu rejonu, gdzie przymusowa demonstracja solidarności z Polską Zjed­noczoną Partią Robotniczą i jej przywódcami przeżywa właśnie swoje apogeum, musi zatrzymać samochód, gdyż ulica, którą zamierzali podążyć, okazuje się zamknięta. W tej sytuacji Pacholski wysiada z auta i wchodzi w tłum ludzi otaczających z obu stron pustą jezdnię. Widzi wymalowane na niej strzałki, z których jedna wskazuje kierunek jazdy na wprost, dwie natomiast sygnalizują skręt w prawo i w lewo. A w samym epicentrum tak szczególnej scenerii dostrzega postać idącej środkiem jezdni małej dziewczynki. Dziecko, które najwyraźniej uwolniło się na chwilę spod kurateli opiekunów, na tle buzującej na drugim planie ciżby wydaje się całkowicie samotne.
Zdzisław Pacholski jeszcze nie zdaje sobie sprawy z ponadczasowej symboliki tego epizodu. Bez namysłu natomiast wydobywa z fotoreporterskiej torby aparat i wykonuje czarno-białe zdjęcie (kolorowe filmy były wtedy luksusem), które – jak się okaże – przejdzie do historii. W rozmowie ze mną powie:

Zrobiłem je intuicyjnie.

Czyżby czas należało traktować jako pochód przechodzący przez scenę, a wszystkie elementy, które go tworzą, są już na swoim miejscu, za kulisami? Zjawiają się na scenie, przechodzą i odchodzą? (...) Jak gdybyśmy znajdowali się w ogromnym czasie teraźniejszym, z którego część z nas może widzieć więcej niż inni? Można przypuszczać, że nosimy w sobie ziarno, w którym istnieje już nasz przyszłość - jak w żołędziu istnieje obraz dębu, którym się stanie. Dobrze. Owoc stanie się drzewem - ale czy z góry też już wiadomo, że będzie on olbrzymem w puszczy, że będzie miał dwadzieścia lub pięćdziesiąt gałęzi?
Z książki Sheili Ostrander i Lynn Schroeder,
Psychic Discoveries: The Iron Curtain Lifted
(Odkrycia psychiczne: podniesiona żelazna kurtyna)

Mijają 32 lata. W zupełnie innej rzeczywistości politycznej poja­wia się pomysł zorganizowania multimedialnego przedsięwzięcia pod hasłem Kocham Koszalin. Jednym z jego segmentów ma być publiczna prezentacja fotografii upamiętniających najważniejsze wydarzenia z historii miasta. Pacholski, przeglądając swoje fotoarchiwum, wybiera zdjęcie samotnej dziewczynki stojącej pośrodku jezdni na ulicy Zwycięstwa – w miejscu, gdzie strzałki niczym

wielki, symboliczny znak zapytania

sygnalizują wybór dalszej drogi (w lewo, w prawo, na wprost). Zdjęcie to znajdzie się na wielkim billboardzie zawieszonym w samym centrum miasta.
Tam, gdzie kiedyś powstało.
Billboard przykuwa uwagę koszalińskiej reportażystki Jolanty Rudnik z Radia Koszalin. Jednocześnie Zdzisław Pacholski wpada na pomysł, by spróbować odnaleźć uwiecznioną na nim przed 32 laty dziewczynkę, która jest dziś dorosłą kobietą. Tekst do ramki:
Czyżby czas należało traktować jako pochód przechodzący przez scenę, a wszystkie elementy, które go tworzą, są już na swoim miejscu, za kulisami? Zjawiają się na scenie, przechodzą i odchodzą? (...) Jak gdybyśmy znajdowali się w ogromnym czasie teraźniejszym, z którego część z nas może widzieć więcej niż inni? Można przypuszczać, że nosimy w sobie ziarno, w którym istnieje już nasz przyszłość - jak w żołędziu istnieje obraz dębu, którym się stanie. Dobrze. Owoc stanie się drzewem - ale czy z góry też już wiadomo, że będzie on olbrzymem w puszczy, że będzie miał dwadzieścia lub pięćdziesiąt gałęzi?
Z książki Sheili Ostrander i Lynn Schroeder,
Psychic Discoveries: The Iron Curtain Lifted
(Odkrycia psychiczne: podniesiona żelazna kurtyna)Dziennikarka i fotografik postanawiają dotrzeć do niej i zrekonstruować późniejsze losy. Chcą dowiedzieć się, co się z niegdysiejszym dzieckiem obecnie dzieje; dokąd zaprowadziły je – w symbolicznym wymiarze – strzałki wskazujące różne wektory życiowych dróg.
Problem w tym, że nie wiadomo, jak dziewczynkę odnaleźć. Poświęcone tej sprawie komunikaty i apele w mediach nie przynoszą rezultatu.
Do czasu.
Pewnego dnia u Zdzisława Pacholskiego zjawia się pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna. Wzruszonym głosem mówi:

To moja Dorotka jest na billboardzie.

Jeszcze nie wiedziałem – wspomni po latach fotografik – dlaczego przyszedł sam. Ale już przeczuwałem, że kryje się za tym jakiś dramat.

Ojciec Dorotki billboard w centrum miasta zobaczył przypadkowo (znów ten przypadek!). Stanął jak wryty i długo wpatrywał się w uwiecznioną na nim postać dziecka. Początkowo nie był pewny, czy nie uległ złudzeniu. Gdy jednak dokładniej przyjrzał się szczegółom fotografii, wątpliwości prysły.

W sprzedaży



Newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.