Same cuda w kartach zdrowia

Spis treści

Okolice artterapii

Pacjentki Teresy Toczydłowskiej rozmawiają w poczekalni jej białostockiego Centrum Terapii i Edukacji ANTER o efektach zajęć warsztatowych z artterapii oraz o szkoleniu na temat, jak poradzić sobie ze stresem, które organizuje CTiEW jednopiętrowym domku schowanym dyskretnie w głębi ogrodu nie wyczuwa się ogromów tragedii z jakimi zgłaszają się do niej pacjenci. Zdecydowana większość ich schorzeń jest skutkiem stresów, konfliktów zawodowych, nieporozumień, jakich życie nikomu nie szczędzi. Bywają trudne do zidentyfikowania, nie pasują do definicji typowych jednostek chorobowych. Ot, psychofizyczne dołki... A czas działa destrukcyjnie i nie wiadomo, kiedy tworzy się podłoże następnych problemów.

– Wtedy trzeba znaleźć Tery – podpowiada Emilia Grodzka, która jest jednoosobowym wielofunkcyjnym biurem firmy ANTER. – Widzę pacjentów, którzy przychodzą ugięci pod ciężarem kłopotów. A gdy wyrzucą z siebie problemy, poddadzą się akupresurze czy innym zabiegom, dostrzegam u nich radykalną zmianę.

Barbara z Trójmiasta pisze: Bardzo długo wegetowałam w „uśpieniu” i nie czułam, że żyję. W sercu miałam pustkę. Miotały mną emocje, których nie potrafiłam nazwać. To dzięki Pani Teresie zmieniam się ja i zmieniają się ludzie wokół mnie. Nauczyłam się ufać i szanować ich. Czuję, że jednak potrafię przyjąć i ofiarować miłość, być lojalnym przyjacielem. Zaczynam poznawać siebie, akceptować swoje niedoskonałości. Mam 46 lat, a znajduję się dopiero na początku drogi. Dziękuję z całego serca za odnalezienie swojego Drzewa Przebudzenia. Nigdy o tym nie zapomnę.

Zainteresowanie niekonwencjonalnymi, ale skutecznymi metodami, które białostocka terapeutka stosowała i opisywała niegdyś pod pseudonimem Tery Anter, a dziś rozwija w swojej poradni, nieustannie rośnie. Oto zgłasza się babcia martwiąca się o wnuczkę. To znów dla odmiany biznesmen znajdujący w gazecie lub w internecie jakiś jej artykuł, który go zaintrygował. Na przykład treścią wystąpień terapeutki na konferencjach naukowych w Kołobrzegu pod hasłem Rozwój – zdrowie – choroba w 2002 czy 2004 roku albo na ogólnopolskiej konferencji psychologii rozwojowej. Czasami zajrzy też pełen niepokoju lekarz, który nie przyzna się w pracy, że zafascynowały go czary, kiedy wpadła mu w ręce książka pani Teresy, a w ucho audycja radiowa z warsztatów artterapii, które prowadziła.

Emilia Grodzka podczas koloroterapii lampą bioptronTrafności diagnoz sprzyja proces wstępnych wywiadów i sondażowych rozmów, testów i sprawdzania reakcji. Bywa niejednokrotnie, że ktoś zgłasza coś dokuczliwego, a podczas badania okazuje się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Zaczyna mówić o wszystkim, o czym nikomu nie wspominał, wyrzuca z siebie ból, cierpienie, pretensje, złość, żale, niepokój. Wspólnie z terapeutką próbują ów balast nazwać, wskazać jego źródło. Dalej jest już z górki, gdyż odkąd wiadomo, jak się do tego zabrać, rusza współpraca.

Tę diagnostyczną fazę, a następnie współdziałanie z chorym, widać wyraźnie w terapii przez sztukę. Bywa ona szczególnie użyteczna tam, gdzie utrudniony jest kontakt werbalny; gdy komuś trudno mówić o swoich emocjach, albo wydaje mu się, że nic nie pamięta. Echa podobnych stanów, ich kontekstu, kolorytu i presji zjawisk warto wyprowadzić na zewnątrz organizmu oraz utrwalić je w postaci zapisu, rysunku, szkicu, symbolu. Pozwala to ujawnić ukryte w podświadomości problemy.

Emilia Grodzka podczas koloroterapii lampą bioptronPracując z taką osobą można nanosić poprawki w powstającym graficznym rejestrze, ale wyłącznie jej ręką i z jej woli, chociaż po podpowiedziach i naprowadzeniach terapeutki. Proces zaczyna działać na zasadzie sprzężenia zwrotnego; co pacjent wprowadził, a następnie sam skorygował, niejako programuje jego życiowe zmiany.

Gdy healerka korzysta z hipnozy, to na tyle płytkiej, żeby chory czuł i słyszał, co się dzieje. Powinien przecież sygnalizować wrażenia i odczucia. Dla niej mowa ciała czy modulacja głosu mają istotne znaczenie, podobnie jak intonacja, wysokość dźwięku, potoczystość wypowiedzi. Sztuka polega na tym, by odczuwać tak jak pacjent, identyfikować się z nim, ale samej nie poddać się emocjom. Nie ulec własnej wrażliwości, a utrzymać się w neutralnym stanie obserwatora. Tego zresztą uczy także pacjentów: dystansu do własnych problemów.

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.