Same cuda w kartach zdrowia

Spis treści

Gniazdo ptakoterapii

Jaka moda obowiązuje dziś w kurniku Teresy Toczydłowskiej? Oto okaz wybierany do zabiegu w gabinecieJakieś pięć lat temu w porze wakacji mama autystycznego chłopca, która przyszła po poradę, wskazała na podwórku ptaki: – Popatrz, Kubusiu, czego szukają w trawie te kurki? Zajęła się dialogiem z terapeutką, kątem oka obserwując, jak chłopiec podchodzi do stadka reagując na kontakt z nim z niespotykanym ożywieniem: kury pogdakują, malec próbuje powtórzyć te dźwięki, wyciąga dłonie, wędruje za ptakami. Kobiety stały zaskoczone, bo do tej pory z Kubusiem niemal nie było kontaktu, a jego reakcje okazywały się nader skąpe. Teraz zaczął intensywnie odbierać bodźce z otoczenia.

 – Podczas następnych kilku wizyt – wspomina pani Teresa – już z pewnym planem próbowałam rozwinąć w dziecku te zachowania, które tak znakomicie zamanifestowały się uprzednio. Z relacji mamy wynikało, że lekarze dostrzegli wyraźną poprawę, ale chyba nie mniej ważne było nastawienie samej kobiety. Ona traciła już nadzieję, że coś się zmieni i nagle ten impuls jakby ją uskrzydlił. To był przełomowy moment dla całej rodziny. Bo przecież maluch pozostaje niejako w energetyce rodziców. Jeśli mają swoje obawy, niepokoje, stresy, nie muszą nawet tego wypowiadać czy okazywać. Dziecko to czuje i przeżywa, chociaż nie rozumie.

Radiowa Trójka już dawno puściła w eter wiadomość o (chyba pierwszym w kraju) autorskim programie Teresy Toczydłowskiej, który nazwała galloterapią. Opracowała system usprawniania psychofizyczności dzieci i dorosłych w terapii z kurami. Wprowadziła zajęcia uzupełniające proces rehabilitacji, podczas których zmienia się stan emocjonalny pacjentów, budzi się ciekawość świata przyrody i kontaktów z nim. Emocje wracają do równowagi, a odstresowujący relaks regeneruje organizm i w pożądany sposób kształtuje funkcje poznawcze. Pod okiem fachowca ćwiczona jest koncentracja i sprawność ruchów w naśladownictwie. Także nawyki higieny, samodzielności w karmieniu, pielęgnacji, empatycznego reagowania na potrzeby zwierząt i środowiska.

Na zapleczu siedziby ANTER-u – tak nazywa się Centrum Terapii i Edukacji Teresy Toczydłowskiej – warto zerknąć na niezwykłą menażerię: od wystawowych czempionów z medalami po przygarnięte, sterane życiem osobniki. Kury japońskie, chińskie, indiańskie – i uratowane przed zaniknięciem rasy kury pawłowskie z malowniczymi irokezami na łebkach, potrafiące przelecieć kilkanaście metrów, po czym usadowić się wysoko na drzewie.

Lekarz – Anita S. była tu wielokrotnie z córką Weroniką i chwali walory tej terapii. Na podwórku dziewczynka spontanicznie reagowała na kolorowe stadko, a nawiązywanie znajomości z czeredą piskląt trudno było przerwać. Chętnie oglądała piękne, wydaje się że celowo dekorowane, zielono-niebieskie jajka. Albo różowawe, jakby dla kontrastu, bo pochodzące od czarnych niemal kur rasy araukana. Niejako przy okazji zaś...

– Nikt już dziś nie puka się w czoło na hasło hipoterapia, dogoterapia – nawiązuje do współczesnego postępu pani Teresa. – Koty też spełniają swoją rolę, a ptaki nie są gorsze, tylko trzeba to zauważyć i docenić.

Przygarnęła kiedyś starego koguta. Chwiał się na nogach, huśtał i nie bardzo mógł ustać. Miała wtedy pacjentkę, w której mąż alkoholik wywoływał niezmiennie mieszaninę złości i nienawiści. Na sam jego widok gotowa była eksplodować. Zaprowadziła ją kiedyś w pobliże klatki, pokazała kiwającego się koguta i mówi:

– Proszę spróbować spojrzeć na pijanego tak, jak na tego ptaka.

– Ma pani rację, chwieje się identycznie! – zaśmiała się.

I tak jej się ten obraz utrwalił, że na widok zawianego męża, który rozkołysanym marynarskim krokiem telepał się przez przedpokój, obijając się o ściany, zaczęła wybuchać śmiechem. Gdzieś wyparowały odruchy gniewu, a kobieta po pewnym czasie zgłosiła się do ANTER-u z gorącymi podziękowaniami:

– Nie tylko ja wyzdrowiałam. Małżonek zaczął dostrzegać swoją śmieszność w moich oczach i w całym środowisku. Jakby nagle podnosiły się jego wibracje. Musiała to być dotkliwa nauczka, gdyż wyznał, że nie wytrzymał presji. Przeprosił mnie i przestał pić! Teraz prowadzi renomowaną firmę.

Imperatyw z zaświatów

Terapię MindSpa Teresa Toczydłowska wykonuje z zastosowaniem kilku niekonwencjonalnych przyrządów z większego zestawu, którego wykorzystanie wprzęgnięte jest w autorskie programy terapeutyczneMiała wtedy 22 lata. Kolega odwoził ją do domu z dyżuru w białostockim szpitalu, gdzie pracowała jako położna. Jechali samochodem z jej ojcem i siedzącymi z tyłu dwoma braćmi. Pamięta deszczową szarówkę, a później odgłos gwałtownego hamowania i łoskot uderzenia.

Długo nie chciała o tym mówić...

– „Widziałam” wtedy z góry zmiażdżony samochód, a w nim swoje ciało. Bez wątpienia przyglądałam się sobie samej – zakrwawionej, pokiereszowanej – i ciałom podróżujących ze mną osób. Pognieciona karoseria nie stanowiła żadnej przeszkody, bym mogła zobaczyć każdy szczegół, przenikając materię. Byłam gdzieś „poza”, ale równocześnie ogarniając wnętrze i całe otoczenie. Czułam się zanurzona w błogości, stanie uwolnienia, ale i pełnej świadomości, gdyż na każde pytanie natychmiast znajdowałam odpowiedź. Po powrocie „stamtąd”, nigdy takiej dogłębnej wiedzy nie doświadczyłam.

I zaraz dodaje: – Nagle, jakbym dopiero uświadomiła sobie, że jestem „gdzieś poza, w innym stanie”, a w dole leży moje ciało. Poczułam odruch buntu. Nawet dziś pamiętam jego gwałtowność: „Ja tam... jeszcze nie teraz... jestem potrzebna, coś zostało do zrobienia...” Nie wiem, jak to nazwać: bezgłośnym sygnałem, przebłyskiem skojarzeń podświadomości? W każdym razie usłyszałam wyraźnie: „To wracaj i wykonaj swoje zadanie!”

W karetce zaczęła budzić się do życia, a definitywnie ocknęła się w szpitalu. Żmudna i nudna rekonwalescencja miała swoje zaskakujące epizody. Kiedyś spytała mamę podczas odwiedzin:

– Co tam u taty, jak jego szczęka?

– Skąd wiesz o tym? – zdumiała się matka.

– No przecież złamałam mu ją w dwóch miejscach. Podczas kraksy. Najpierw uderzyłam głową o szybę, a później runęłam na twarz taty. A bratu zszyli głowę? – indagowała dalej.

Kto ci o tym mówił? – chciała wiedzieć zaintrygowana rodzicielka.

– Jak to, przecież sama widziałam! – rzekła odruchowo, zanim dotarło do niej, że widzieć tego nie mogła.

Jeszcze długo towarzyszyło jej głębokie odczucie tęsknoty, pragnienie, żeby zachować trochę tego stanu upojenia w formie jakiegoś daru, życiowej wskazówki. Może zresztą nie wszystko uleciało, bo przecież po tamtym dramatycznym wstrząsie jej życie radykalnie się zmieniło. Jakby wypadek, a właściwie finał tragedii, tchnął w nią ciekawość penetracji i łączenia wielu dziedzin terapii oraz pozostawił niezwykłe predyspozycje. Do, często bezinteresownej, pomocy innym i szerokiego rozwijania wspomnianych możliwości, dojrzała chyba właśnie wtedy.

– Faktem jest – konkluduje Teresa Toczydłowska – że ta tragedia na drodze dała impuls mojej drodze zawodowej, którą zdecydowanie skorygowała. Drogę prywatną zresztą też, bo pechowy kierowca został moim mężem.

Kontakt z Teresą Toczydłowską


Z archiwum Nieznanego Świata - Nr 4/2014

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.