Sześćset lat później pod Grunwaldem

Spis treści

Dorota Górska

Waldemar PawłowskiRozsadza ramy tej rubryki, jak zresztą każdy, kto, korzystając z alternatywnych metod terapii, wykonuje na co dzień zawód lekarza. Ale też w przypadku doktora Waldemara Pawłowskiego z Ostródy, Stębarka i Iławy – a każda z tych miejscowości w jego życiorysie okazuje się w jakiś sposób szczególnie ważna – droga, która doprowadziła go w życiu do punktu, w jakim obecnie się znalazł, okazuje się jasna, logiczna i konsekwentna.

Pędzimy wąską mazurską szosą, pokonując ostre zakręty. Wysłużony samochód doktora Pawłowskiego pokonuje je jeden za drugim z wprawą oraz prędkością, o którą na pierwszy rzut oka trudno byłoby go podejrzewać. W pewnym momencie niepokoję się nawet, czy nie poruszamy się zbyt szybko, ale mój przewodnik tylko się uśmiecha. – Proszę się nie obawiać – mówi – Znam tu prawie każdy pagórek, każdą dziurę w jezdni, każde miejsce.

Codziennie przemierza kilkadziesiąt kilometrów. Z Iławy, w której ostatnio zamieszkał i uruchomił swój wymarzony Instytut Medycyny Naturalnej „Bionet”, najczęściej wyrusza do Stębarka. To niewielka, ale szczególna z racji swego usytuowania wieś, która leży w bezpośrednim sąsiedztwie dźwigającego brzemię historii Grunwalda, a doktor Pawłowski pracuje w tutejszym gminnym ośrodku. W drodze powrotnej często zagląda do Ostródy, która z kolei jest jego rodzinnym miastem i gdzie niejednokrotnie również czekają na niego umówieni wcześniej pacjenci. Zagląda też do Mielna (ale nie tego nad morzem, lecz właśnie podgrunwaldzkiego), gdyż do 2007 roku przez kilkanaście miesięcy prowadził tam ośrodek leczniczo-wypoczynkowy (później przeniesiony właśnie do Iławy) i do dziś pilotuje medycznie grupę związanych z tym miejscem osób. W rezultacie każdy dzień, nie wyłączając weekendów, wypełnia mu praca od świtu do nocy. A i tak dziś jest lżej niż wówczas, gdy jeździł w pogotowiu ratunkowym w Ostródzie i Morągu. Ilu ludzi wtedy uratował, nie sposób policzyć. Nadal zresztą zdarza się, że gdy przecina siódemkę łączącą Warszawę z Gdańskiem, bywa świadkiem sytuacji wymagających natychmiastowej lekarskiej interwencji. Bo ruch tu przeogromny, a w okolicach są odcinki, gdzie prawie nie ma miesiąca, by nie doszło do groźnych wypadków.

W gabinetach instytutu, jaki założył, jest już na szczęście spokojniej. Bezszelestnie sączą się kroplówki z witaminami, tajemniczo błyskają światełka urządzenia służącego do biorezonansu, pracują skaner biofotoniczny oraz komputery, za pomocą których wykonywane są tzw. testy dr. Cornelissena umożliwiające wykrycie wielu obciążeń organizmu.

I to ma być ta medycyna alternatywna, o której doktor mówi z tak wielkim znawstwem i zapałem? A tak, jak najbardziej. Tyle, że nowoczesna technika czyni stawiane z jej pomocą diagnozy i ordynowane w ich efekcie terapie jeszcze bardziej efektywnymi.

Wierzby i trawa w październiku, czyli przypadek Patrycji N.

Opowiada pacjentka doktora Pawłowskiego (obszerna relacja złożona na piśmie):

Nazywam się Patrycja Nosowicz, a moja historia jest niezwykle prosta... Nigdy nie miałam żadnych problemów ze zdrowiem, jednak w wieku 16 lat wylądowałam w szpitalu.

Zaczęło się dość niewinnie; najpierw zapalenie oskrzeli, potem płuc. Przepisano mi kolejne antybiotyki, po których – jak zapewniano – szybko dojdę do siebie. Niestety w niespełna 5 minut po zażyciu pierwszej tabletki zaczęłam się dusić. Nie mogłam złapać oddechu, a co gorsza czułam jak stopniowo zaciska mi się tchawica. Każdy „dech” był wykonywany z coraz większym trudem... wszystko trwało nie dłużej niż 15 minut. W pewnym momencie nie miałam już siły zaczerpnąć powietrza.

Moment, gdy się „obudziłam”, pamiętam doskonale, jakby to działo się wczoraj... To było już kilka dni później, w szpitalu, kiedy podłączona do różnych aparatów miałam na buzi aparat tlenowy. Jednak najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa lekarza, które kierował do mojej mamy. Brzmiały one dokładnie tak: „Pani córka powinna już nie żyć, jej stan był ciężki, naprawdę nie rozumiem, jakim cudem ona jeszcze żyje”.
Przypominało to wyrok. Lekarze robili mnóstwo badań, ale nie wiedzieli, co mi dolega. Mimo to przeleżałam w szpitalu miesiąc. Dostawałam mnóstwo leków, m.in. na obniżenie ciśnienia, co spowolniało akcję serca. Efekt: przesypianie 24 godzin, często nie można było mnie dobudzić. W końcu, gdy lekarze spostrzegli, że moje serce bije zbyt wolno, odstawiono ten lek i zaordynowano inny, aż w końcu postanowiono mnie wypisać. Za przyczynę ataku duszności uznano uczulenie na kwitnącą wierzbę i trawę – jako swoistą ciekawostkę powiem tyle, że dusiłam się w PAŹDZIERNIKU!!! Odkryto również że mam astmę.

Znaleźć prawdziwą przyczynę niedomagań organizmu i skutecznie ją wyeliminować. Badanie za pomocą urządzenia BICOM 2000Przepisano leki, inhalatory itp., których koszt co miesiąc sięgał 500 zł. Zakazano mi przemęczania się, chodzenia na dyskoteki, musiałam zrezygnować z treningów. Może zabrzmi to banalnie, ale dla 16-letniego dziecka to był naprawdę wyrok. Straciłam wielu przyjaciół, bo nigdzie nie mogłam wychodzić, moje oceny w szkole obniżyły się, a leki, które brałam, nie pomagały. W dodatku miewałam ataki o wiele częściej, a do tego byłam coraz słabsza. Nawet plecak z kilkoma zeszytami wydawał mi się zbyt ciężki. Moje życie legło w gruzach.

W takim stanie przetrwałam kilka miesięcy. Pewnego razu mama usłyszała o pewnym lekarzu zajmującym się medycyną naturalną i leczącym „nieco inaczej” niż pozostali. Dla mnie i dla niej była to kolejna deska ratunku. Pomyślałam: albo się uda albo znowu będzie, jak było.

Lekarz, o jakim mowa, nazywał się dr. Pawłowski. Umówiliśmy się na wizytę, podczas której opowiedziałam swoją historię. Zrobiono mi testy, które - o dziwo – wykazały, że moje uczulenie na trawę czy wierzbę jest niezwykle małe, wręcz znikome i nie mogło doprowadzić do tak silnego ataku, zwłaszcza w październiku, kiedy one nie kwitną! Po kilku godzinach badań zaś wyszło, że jestem uczulona na wszystkie pięć rodzajów grzybów pleśniowych, z których wytwarzane są antybiotyki. Stopień uczulenia był bardzo wysoki, a podanie ich tak silnej dawki w czasie choroby graniczyło z głupotą.

Doktor obiecał, że mi pomoże. Na terapię chodziłam dwa razy w tygodniu. Odstawiłam specyfiki, które dotąd zażywałam, a w zamian dostałam jeden, który powinnam brać tylko w przypadku, gdy nastąpi atak. Otrzymałam zakaz stosowania jakichkolwiek leków przez około dwa lata, miałam też uważać żeby się nie przeziębić. Tylko tyle.

Początki były trudne i według mnie początkowo nic się nie zmieniało, a odstawienie leków, które utrzymywały mnie przy życiu – przynajmniej wtedy tak myślałam – było zbyt ryzykowne. Dostosowałam się jednak do tych zaleceń, bo tylko tak mogliśmy do czegoś dojść. Poddawałam się regularnie leczeniu i oto po 2 miesiącach poczułam się na tyle dobrze, że zaczęłam odbywać spacery. Znowu jak dawniej zaczęłam się śmiać i żartować, czułam że wracam do życia. A po pół roku leczenia moje życie nabrało prawdziwego blasku. Chodziłam na dyskoteki, spotykałam się z przyjaciółmi, w szkole szło mi coraz lepiej! Wszystko, co kiedyś miałam i straciłam, znowu było moje! Zawdzięczam to jednemu człowiekowi: właśnie doktorowi Pawłowskiemu.

Dziś mija czwarty rok, gdy żyję normalnie. Od tamtej pory miałam tylko jeden atak. Zażyłam wówczas tabletkę którą przepisał mi przed czterema laty doktor Pawłowski, i wszystko było w porządku. Tamten lek przechowuję do dziś, bo wcześniej nie miałam okazji go użyć. A najzabawniejsze jest to, że po mojej hipotetycznej astmie nie pozostał żaden ślad. Właściwie to zastanawiam się, czy ja kiedykolwiek ją miałam i po co mi były te wszystkie inhalatory i cała reszta.

Konwencjonalne początki i niekonwencjonalna wiedza

Początki były całkiem konwencjonalne. W 1980 r. ukończył Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Białymstoku i pierwsze lata przepracował na Podlasiu. Był lekarzem na oddziale ginekologiczno-położniczym w szpitalu w Ciechanowcu oraz w gminnym ośrodku zdrowia w Wiznie. W międzyczasie zdał egzamin na pierwszy rok specjalizacji z ginekologii i położnictwa, a w 1990 roku przeniósł się na Mazury, gdzie, zanim trafił do Stębarka, oprócz pracy w szpitalu powiatowym w Ostródzie jeździł w pogotowiu ratunkowym. Wszystko to dzień po dniu wzbogacało i pomnażało jego lekarskie doświadczenia, a jednocześnie pozwoliło ugruntować przekonanie, że wiedza, jaką wyniósł ze studiów, często okazuje się niewystarczająca i że nowych metod diagnozy i terapii trzeba szukać także poza obrębem medycyny akademickiej.

W 2002 roku kupił pierwszy aparat do biorezonansu BICOM 2000. Od tamtego czasu z jego pomocą wykonał setki zabiegów oraz badań. Doprowadziły go do wniosku, że dzięki temu zyskuje bezcenne informacje o zdrowiu pacjenta, co – w dalszej kolejności – umożliwia zastosowanie adekwatnej do sytuacji terapii. Jednocześnie cały czas doskonalił swoje umiejętności, kończąc m.in. kursy akupunktury i elektropunktury, homeopatii i chelatacji (stosunkowo nowa, ciekawa metoda leczenia miażdżycy – zob. tekst w ramce) oraz wiele innych.

W szczególnym polu jego zainteresowań pozostają alergie i ich odczulanie metodą biorezonansową, leczenie miażdżycy, zaburzenia hormonalne w okresie menopauzy , zespoły bólowe w chorobach stawów i kręgosłupa, nietolerancja na pokarmy, uzależnienie od nikotyny, a także terapie wspomagające w schorzeniach nowotworowych, choć ta ostatnia dziedzina bez wątpienia okazuje się najtrudniejsza. Prowadzona skrupulatnie dokumentacja efektywności stosowanych metod mówi sama za siebie. Oto jej fragmenty.

Zmiany zwyrodnieniowe, cukrzyca, uczulenia, łuszczyca


Bańki chińskie? A czemu by nie? Ich terapeutyczna skuteczność została po wielokroć stwierdzonaU pacjenta A.K., lat 64, stwierdzono zaawansowane zmiany zwyrodnieniowe stawów biodrowych i bóle znacznie utrudniające chodzenie. Mężczyzna został zakwalifikowany do operacji wszczepienia endoprotezy. Po leczeniu biorezonansowym oraz wstrzykiwaniu leków homeopatycznych stan chorego poprawił się do tego stopnia, że leczenie operacyjne można było odłożyć, a bóle zmniejszyły na tyle, iż może on obecnie poruszać się samodzielnie.
58-letnia Zenobia K. pracowała przy protezach dentystycznych. Pojawiło się u niej uczulenie na akryl, w efekcie czego na palcach powstawały krwawiące rany. Po kilkakrotnym odczulaniu biorezonansowym stan chorej poprawił się. Mimo dalszej pracy przy protezach akrylowych (kobieta nie chciała porzucić tego zajęcia) rany całkowicie zagoiły się.
57-letni mężczyzna, Z.K., cierpiał na zaawansowaną cukrzycę. Musiał stosować insulinę. Zdiagnozowano u niego również zmiany miażdżycowe w nogach. Dzięki diecie dr. Kwaśniewskiego stan zdrowia chorego uległ pewnej poprawie. Radykalne korzystne zmiany pojawiły się dzięki leczeniu za pomocą chelatacji dożylnej uzupełnionej przez suplementację naturalnych witamin i mikroelementów. Po serii 30 kroplówek pacjent całkowicie zrezygnował z insuliny, pozostając tylko na diecie.

Inna 73-letnia pacjentka trafiła do dr. Pawłowskiego z powikłaniami tzw. stopy cukrzycowej. Od 30 lat pobierała duże dawki insuliny i cierpiała na niedokrwienie stopy, zakwalifikowanej do amputacji.

Po zastosowaniu terapii obejmującej leczenie metodą chelatacji dożylnej, mega-dawki podawanej dożylnie witaminy C oraz wiele leków homeopatycznych i innych naturalnego pochodzenia, po trzech tygodniach stan chorej uległ radykalnej poprawie. Dawki insuliny zostały zredukowane dwukrotnie, a stopa zmieniła się tak dalece, że chirurg wręcz nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył i w tej sytuacji zrezygnował z amputacji.
60-letni mężczyzna M. K., po udarze mózgu i zawale mięśnia sercowego z porażeniem połowicznym prawostronnym do dr. Pawłowskiego trafił po raz pierwszy przed dwoma laty. Z trudnością chodził, wypowiadał tylko pojedyncze wyrazy (na ogół tak lub nie). Zastosowano środki homeopatyczne, naturalne preparaty witaminowe, a także leczenie dysbiozy przewodu pokarmowego oraz biorezonansowe. Pacjent przyjął również serie dożylnej chelatacji. Trwało to cztery tygodnie.

Gdy przyjechał po roku – opowiada  dr Pawłowskibyłem niezmiernie zaskoczony stanem jego zdrowia. Z chodzeniem nadal były kłopoty, natomiast olbrzymia zmiana zaszła w psychice chorego. Mówił całymi zdaniami, może niezbyt płynnie, ale logicznie, często zaskakiwał zaawansowanymi zwrotami. Pacjent nadal wymaga wiele pracy, gdyż do rozwiązania jest jeszcze dużo problemów. Być może w tym przypadku nie wszystkie schorzenia dadzą się wyleczyć, ale w sytuacji, gdy medycyna akademicka nie ma nic do zaoferowania, trzeba szukać innych rozwiązań.
I jeszcze jeden przypadek: 62-letniej kobiety, pani M.Z. Gdy do gabinetu dr. Pawłowskiego trafiła po raz pierwszy, wyglądała strasznie. Całe jej ciało oprócz twarzy pokryte było łuskami (tułów oraz nogi w ok. 80%). Po wykonaniu biorezonansowych testów alergicznych okazało się, że pacjentka uczulona jest na wiele pokarmów, szczególnie pszenicę. Niestety, chora uwielbia ciasta i nie potrafiła się ich wyrzec.

Dzięki zastosowaniu diety pozbawionej pszenicy, a następnie biorezonansowej terapii odczulającej i wykorzystaniu tzw. autohemoterapii stopniowanej łącznie z lekami homeopatycznymi po ok. 3 miesiącach udało się doprowadzić do sytuacji, że łuski zniknęły. Warto dodać, że wcześniej pacjentka leczyła się przez kilka lat u dermatologa, niestety bez powodzenia.

Od biorezonansu do chelatacji

Pluralizm cierpień daje prawo do pluralizmu form leczenia Gabinety iławskiego Instytutu Medycyny Naturalnej BIONET, założonego przez dr. Pawłowskiego, jako się rzekło, wyposażono w najnowocześniejszą aparaturę. Jest tu m.in.: urządzenie diagnostyczne do badania całego organizmu metodą Ryodoraku i niemieckiej firmy Med.-Tronic. Na jednym z nich wykonuje się tzw. testy systemowe dr. Cornellissena umożliwiające zdiagnozowanie wielu istotnych dla zdrowia procesów zachodzących w organiźmie. W ramach fizykoterapii stosowane są lasery, leczenie ultradźwiękami, prądy selektywne i galwaniczne, a także elektrofonoforeza. Do tego dochodzą masaże – od klasycznego i rehabilitacyjnego, poprzez masaż powłok brzusznych po porodzie i wspomagający oddychanie, aż po liftingujący masaż twarzy. Pacjentom aplikuje się zabiegi biorezonansowe i fizykoterapeutyczne, klasyczną akupunkturę oraz elektroakupunkturę i laseropunkturę. Można też skorzystać ze świecowania uszu metodą Indian Hopi i masażu bańką chińską.

Wspomniane już kilkakrotnie testy dr. Cornellissena pozwalają m.in. na wykrycie około tysiąca alergenów, a jednocześnie ustalenie stopnia obciążenia organizmu metalami ciężkimi, truciznami środowiskowymi, promieniowaniem i szczepionkami. Umożliwiają one także stwierdzenie niedoborów minerałów, takich jak selen, cynk, wapń, potas, sód, magnez, mangan, molibden, żelazo i chrom, analizę gospodarki kwasowo-zasadowej organizmu i jego równowagi hormonalnej ze szczególnym uwzględnieniem funkcjonowania przysadki mózgowej, tarczycy, nadnerczy i gruczołów płciowych. Dotyczy to również wykrywania pasożytów (lambia, owsik, tasiemiec, glizda, włosień, tęgoryjec, motylica, przywra, węgorek) oraz badania różnorakich narządów – od głowy (oczy, zatoki, zęby, szczęki, uszy, migdałki) i narządów wewnętrznych (płuca, oskrzela, serce i układ krążenia, żołądek, dwunastnica, jelito cienkie i grube, trzustka, wątroba, śledziona, nerki i układ moczowy) aż po badanie pracy narządów ruchu (szkielet, kręgosłup, mięśnie, stawy) a na całym układzie immunologicznym kończąc.

Ponieważ diagnoza i terapia wymagają często dłuższej obecności pacjenta, organizowane są weekendowe, tygodniowe i dwutygodniowe turnusy lecznicze. Jest to możliwe dzięki temu, że BIONET funkcjonuje w obrębie ośrodka wypoczynkowo-leczniczego „Leśna” w Iławie, położonego nad malowniczym Jeziorakiem Dużym – najdłuższym akwenem rynnowym w Polsce. Ośrodkiem tym kieruje od niedawna doświadczony menadżer Zbigniew Bączek. To właśnie zetknięcie się tych dwóch ludzi Zbigniewa Bączka i doktora Pawłowskiego umożliwiło stworzenie szczególnego na mapie Polski miejsca, gdzie chętni mogą skorzystać z unikatowych terapii połączonych z różnymi formami aktywnego wypoczynku.

To dobrze, że są w Polsce tacy lekarze, jak dr Waldemar Pawłowski: światli, odważni, otwarci na nowe metody, które mogą pomóc w leczeniu, stale pogłębiający swoją wiedzę i doskonalący profesjonalne umiejętności. Nie bojący się odwołać dla dobra pacjenta również do sposobów terapii, które akademicka medycyna na razie jeszcze traktuje nieufnie, jednak dzięki rejestrowaniu uzyskanych efektów leczenia – powoli oswaja się z nimi.
Szacunek dla ludzkiego zdrowia – uważa dr Pawłowskiwymaga ciągłych poszukiwań po to, by móc je jak najdłużej zachować, a gdy pojawiają się kłopoty, zastosować takie metody, które pozwolą to zdrowie przywrócić i skutecznie pomóc choremu także wówczas, gdy konwencjonalne środki zawiodły. Tak właśnie lekarz z Mazur pojmuje swoje powołanie oraz rolę i takim przesłaniem kieruje się nie tylko w swojej służbie dla dobra człowieka, lecz całym dotychczasowym życiu.

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.