O lekarzu, który zaufał Naturze

Spis treści

Moje spotkania z doktorem Pawłem Błaszczyszynem

Nazywam się Joanna Metysek i jestem siostrzenicą śp. Simony Kossak, która mnie wychowała i ukształtowała. To u niej od 1970-ego roku spędzałam wszystkie wakacje i to z jej powodu, w 1992 r. uciekłam z Krakowa i osiedliłam się na stałe w Białowieży, gdzie szczęśliwie mieszkam do dziś, tak jak kiedyś ona, w leśniczówce w środku lasu i bez prądu. Tutaj poznałam i wyszłam za mąż za filmowca dokumentalistę Krystiana Matyska. To dzięki lekturze i zamieszczonemu w nim apelowi, jego film Dziobem i Pazurem (przyrodniczy dokument nagradzany szeroko w świecie, a u nas praktycznie nieznany) dedykowany został 250 milionom ptaków, które podczas migracji giną rocznie nad Basenem Morza Śródziemnego w wyniku masowych polowań.
Krótko jeszcze o mnie. Jestem malarką i grafikiem, tłumaczką z języka angielskiego (głównie przekłady na angielski – prace naukowe biologiczne i teksty edukacyjne związane z przyrodą). Mam dwoje dzieci: Idę (17) i Dana (13). Syn w drugim miesiącu życia doznał porażenia poszczepiennego, w efekcie czego pojawił się paraliż i autyzm. Klinicyści nie dawali mu żadnych szans. Wyleczył go lekarz z Mongolii. Dziś Dan jest niemal całkiem zdrowy – stopniowo nadrabia "tyły" w stosunku do dzieci.
Wychowałam się w Kossakówce – miejscu koszmarnym i bardzo złym. Dzieciństwo przypominało fabułę Szóstego zmysłu. Po latach, nieżyjący już dr Tadeusz Olszański – dziejopis Kossaków, znalazł dokumenty, z których wynikało, że pod Kossakówką spoczywają setki trupów. W średniowieczu w tym miejscu były torfowiska (dorzecze Rudawy). Torf jest aseptyczny – w czasie kolejnych zaraz topiono tam ciała zmarłych. To bardzo wiele wyjaśniło.
Nieznany Świat
czytam od pierwszego numeru. Jest to jedyny tytuł prasowy, po jaki sięgam regularnie. Nie przegapiłam żadnego wydania. A teraz do rzeczy.
W 1999 r. u mojego męża stwierdzono ciężki przypadek przepukliny dwóch dysków – tracił władzę w nogach. Konsultacje u najlepszych w Warszawie, Łodzi i Poznaniu – zalecenie: operacja. W przeciwnym razie groziła mu dehydratacja dysków i wózek inwalidzki.
Operacja była absolutną ostatecznością. Szukaliśmy więc dalej.

Nasz przyjaciel Tadeusz Bystram (reżyser) skontaktował nas ze swoim przyjacielem, wybitnym neurochirurgiem, Polakiem, z duńskiej kliniki, który jako jedyny operację zdecydowanie odradził, uznając ją za wielce ryzykowną (częste poważne powikłania). Zalecił ćwiczenia McKenziego wedle zasady klin-klinem. Niestety w tym czasie polska szkoła rehabilitacji właśnie te ćwiczenia całkowicie wykluczała.
I wtedy zadzwoniłam do Waszej redakcji z prośbą o namiary na specjalistów w tej dziedzinie. Miła Pani z działu łączności z czytelnikami natychmiast podała mi trzy nazwiska. Dwie osoby były nieosiągalne. Trzecia z nich, Paweł Błaszczyszyn, przyjął Krystiana.
I tak zaczęła się dobroczynna w skutkach dla wielu osób nasza znajomość, a wkrótce przyjaźń z Pawłem i jego żoną Dorotą.
Krystianowi Paweł nie mógł pomóc, o czym od razu nam powiedział. Zgodził się zrobić kilka zabiegów na podtrzymanie, do czasu, gdy znajdziemy jakiegoś bioterapeutę – tylko tak mogliśmy rozwiązać problem. Proście, a będzie wam dane – wkrótce znaleźliśmy lekarkę z wieloletnim stażem w Tybecie. Po dwóch zabiegach Krystian zrobił przyspieszony kurs wspinaczkowy i dwa tygodnie później wspiął się samodzielnie na 27 m, żeby filmować gniazdo bociana czarnego. Tak powstał pierwszy samodzielny film Matyska Dziobem i Pazurem, dedykowany Marysi – lekarce, która go uzdrowiła, a której nazwiska dotąd nie znamy, ponieważ, z sobie tylko znanych przyczyn, chce pozostać anonimowa. To było 15 lat temu. Krystian do dziś hula zdrów. Właśnie kończy kolejny autorski film o niedźwiedziu brunatnym zrealizowany w górach Europy.

Wracam do Pawła Błaszczyszyna. Gdy Krystian wybierał się do niego z pierwszą wizytą, obarczyłam go misją w imieniu Ewy Wysmółek, białowieskiej przewodniczki, gawędziarki i autorki książek, która wraz z mężem, nieżyjącym już niestety Jackiem, wymyśliła i stworzyła Żebra Żubra (turystyczną kładkę na bagnach) oraz Szlak Królewskich Dębów.
Ewa miała problem z "ostrogą" – dla przewodnika to dramat. Poprosiłam Krystiana, żeby przy okazji zapytał Pawła, czy może pomóc Ewie, on zaś, zamiast zaprosić ją do siebie na wizytę, przez Krystiana podał ziołowe "cygaro" oraz instrukcję obsługi. Nie wziął za to ani grosza.
Ewa potulnie zastosowała Pawłową terapię. Po miesiącu po ostrodze nie zostało śladu. I tak było przez 8 lat, do wyjazdu Ewy do Warszawy (potem straciłam z nią kontakt).

Ewa Wysmółkowa była pierwszym wyleczonym przez Pawła pacjentem spośród moich przyjaciół i znajomych. Od tego czasu ich lista to już ponad 70 osób (w tym ok. 30 Białowieżan) w wieku od 5-ciu do 86-ciu lat. Oprócz Krystiana Pawłowi nie udało się pomóc tylko jednej osobie.
Doktor Błaszczyszyn trwale wyleczył trzy osoby, którym miano wszczepić endoprotezy bioder. Pozostałe przypadki trwałego wyleczenia to zwyrodnienia kręgosłupa, przepukliny krążków międzykręgowych, zapalenia nerwu kulszowego i innych nerwów, haluksy i ostrogi. Większość z tych osób przekroczyła 60 lat życia. Niemało było też 70-latków i ludzi starszych.

Z zasady dr. Błaszczyszyn przeprowadza 3 zabiegi. Proporcje są równe: 1/3 pacjentów staje na nogi po pierwszym z nich, 1/3 po dwóch, a jednej trzeciej, by wrócić do zdrowia, potrzeba trzech spotkań. Trzy spotkania - jak to się ma do niekończących się wizyt u rehabilitantów i fizjoterapeutów?
Wśród wyleczonych znalazł się też Adam Wajrak. Po tym jak "wyskoczył mu dysk" – został wyłączony z pracy zawodowej. Tragedia. Od początku mówiłam mu o Pawle, ale twardo się opierał – w końcu to dziennikarz Wyborczej. Wykorzystał swoje szerokie znajomości i oddał się w ręce poleconych warszawskich luminarzy ortopedii. Dopóki działały "blokady", chodzić mógł. Potem wszystko wracało "do normy".
Po pół roku w końcu się do mnie odezwał:
To jak się nazywa ten twój magik? Podałam namiary na Pawła. Po tygodniu Adam zadzwonił: – To niesamowite! Mogę latać!
Paweł zrobił mu zabieg i poprosił, żeby w razie, gdyby coś się znowu narobiło, Adam do niego zadzwonił. I rzeczywiście – po jakimś miesiącu Adama zaczęło pobolewać, więc zatelefonował. Wówczas dr Błaszczyszyn skierował go do apteki, gdzie Adam nabył lek homeopatyczny, po którego zażyciu problem nigdy już nie wrócił.

To było jakieś 8 lat temu, a wyleczony homeopatią dziennikarz pracuje dla gazety, która oficjalnie homeopatię uważa za totalne oszustwo (sic!). Nie mówię już o tym, że "normalny" lekarz poprosiłby o osobistą wizytę, a nie leczył przez telefon za darmo.
Kolejny przykład. 23-letnia córka mojej przyjaciółki urodziła się z rodzajem dysplazji. Nie zauważono tego – takie były czasy.
W wieku 14 lat w końcu obejrzał ją jakiś fachowiec, który stwierdził zaawansowane zwyrodnienie stawów biodrowych i konieczność wykonania szeregu operacji. Nie pokrywanych przez FOZ, czy jak to się tam nazywa. Z braku środków okazała się ona niemożliwa.
Dziewczyna męczyła się jeszcze prawie 10 lat. Ból towarzyszył jej bez przerwy. Nie było pozycji, w której mogła odsapnąć. Nawet na rowerze nie mogła jeździć. Kiedy dowiedziałam się o jej stanie, sprawa wydała mi się beznadziejna, ale na "wsiaki słuchaj" zadzwoniłam do Pawła.
Muszę ją zobaczyć – powiedział.
Ale ona nie ma kasy.
Nieważne - dawaj ją!
Paweł zrobił jej trzy zabiegi. SKUTECZNIE. Jednym ze skutków ubocznych było ustąpienie koszmarnych bólów miesiączkowych (z wymiotami i omdleniami). Minęło 6 lat i Agata nadal jest zdrowa. Będąc bardzo uzdolnioną plastyczką, w ramach wdzięczności sprezentowała Pawłowi portret kota, bo Błaszczyszynowie uwielbiają koty.

Przypadek Anielki. Osiem lat temu, na początku stycznia, Anielka (lat 5) razem ze swoją matką i siostrą dostały skierowanie do Ciechocinka (były bardzo chorowite). Trzeciego dnia pobytu tam w czasie spaceru przejeżdżająca obok nich "erka" nie wyrobiła się na zakręcie i najechała idącą od strony jezdni Anielkę. Efekt: złamanie kości udowej, gips.
Po powrocie do Białowieży - zdjęcie gipsu i problem - uszkodzona noga jest o 1,5 cm dłuższa od nogi zdrowej. Komisja lekarska stwierdziła ponad 20% uszczerbku na zdrowiu, w efekcie czego wysokie odszkodowanie, co i dobrze, bo rodzina biedna.
Kolejna komisja lekarska w klinice ortopedii orzekła, że jedynym rozwiązaniem jest wydłużenie zdrowej nogi, czyli stopniowo rozkręcana szyna (ok. trzech lat). Szczęśliwie termin operacji wyznaczono dopiero na wrzesień.
Anielka dostała but ortopedyczny, ale dalej bardzo ją bolało. No to otrzymała kulę. Bolało dalej, a noga załamywała się do środka.
O wszystkim dowiedziałam się w maju. Matce bardzo nie podobała się perspektywa "rozkręcania" zdrowej nogi.
No to jedźcie do Pawła, niech powie, co o tym myśli – zaproponowałam.
Pojechały.
Paweł powiedział bardzo brzydkie słowo (kląć zdarzyło mu się tylko dwa razy – drugiego przypadku nie mogę sobie przypomnieć, ale też musiał to być jakiś "kosmos").

A potem wstawił dziecku staw biodrowy na miejsce. Pokazał matce, jak to robić (po miesiącach chodzenia ze stawem "na zewnątrz", łatwo mógł on znów wyskoczyć) i pożyczył specjalną uprząż na noc zapobiegającą przemieszczeniu.
Dziecko wyszło od Błaszczyszyna z równymi nogami, but ortopedyczny wylądował w śmieciach (370 zł), a w "Smyku" matka kupiła tenisówki za 12 zł.
Jest to przypadek spektakularny, ale świadczy nie tyle o geniuszu Pawła Błaszczyszyna (każdy lekarz jest uczony sprawdzania stanu stawów po wypadkach, a co dopiero ORTOPEDA), co o koszmarnym NIEUCTWIE i NIECHLUJSTWIE części lekarzy, którzy stanowią bezpośrednie zagrożenie dla życia i zdrowia oddanych pod ich "opiekę" pacjentów.
Reasumując: dziecko przeszło przez lekarzy w Ciechocinku, a następnie przez dwie komisje ortopedyczne (w tym jedną w klinice ortopedii) i... NIKT NIE ZAUWAŻYŁ DYSLOKACJI STAWU BIODROWEGO! Dłuższą kończynę wytłumaczono nadmiernym nadlaniem się tkanki kostnej. Podjęto decyzję wydłużania zdrowej nogi!
Gdyby nie Paweł Błaszczyszyn, dziecko zostałoby kaleką do końca życia.

***

Błaszczyszynów poznałam osobiście w okolicach 50-ego wyleczonego pacjenta. Paweł nie wytrzymał i zainteresował się, kim jest ta Matyskowa z Białowieży, która mu ciągle przysyła chorych. Przyjechali do mnie na Podcerkiew (samotna leśniczówka 7 km od drogi Hajnówka-Białowieża, 3 km od Miejsca Mocy, związanego ze znanymi Państwu doskonale Piotrem Bajko, Leszkiem Matelą i Simoną Kossak, która znalazła środki na udostępnienie go dla ogółu).
Przeciągnęłam ich po Puszczy.
Zostaliśmy przyjaciółmi.
Aż w 2011 roku przyszła kryska na Matyskową – rwa kulszowa. Ból jak cholera, nie byłam w stanie prowadzić samochodu, co gdy mieszka się w środku lasu, stanowi jednak spory problem.
I tak po raz pierwszy zostałam pacjentką Pawła.
Trwał "długi" weekend majowy. Dr Błaszczyszyn z żoną byli wówczas w swoim pięknym domu letnim, gdzie na kuchennym stole Paweł przeprowadził zabieg z akupunkturą włącznie (tak jak dr Kołodziejczyk, który również jest uczniem nieodżałowanej pamięci prof. Zbigniewa Garnuszewskiego). Do domu wróciłam zdrowa.
W styczniu ub. roku znów się posypałam – poleciały dwa dyski. Geniusze ortopedii oczywiście smutno kiwali głowami, zalecając operację. Niezwłocznie pojechałam do Pawła. Męczył się 1,5 godziny.
Jestem jak nowa.
Joanna Matyskowa
Białowieża

Nieznany Świat 2/2013

W sprzedaży



Newsletter

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.