Metoda Lecieja, czyli leczyć skutecznie

Spis treści

Na ścieżce oświecenia

Nie mam gabinetu – mówi Eugeniusz Leciej. – Zauważyłem taką prawidłowość, że, by człowiek był zdrowy, cała jego przestrzeń powinna być oczyszczona. Kiedy wchodzę do czyjegoś domu, od razu widzę, w kim jest przyczyna choroby. I jeśli zacznę uzdrawianie od tej osoby, wszystko dzieje się bardzo szybko. Jak mówi mistrz Lao Tse: Można uzdrowić każdą chorobę, ale nie każdego człowieka. Kiedy widzę jakieś zakłócenia, zapraszam do rozmowy. Bo moja praca nie wystarczy, jeśli nie będzie współpracy z drugiej strony. Bez zmiany nie ma uzdrowienia.

Czytelniczka , Jolanta Pikos, która napisała do redakcji o Lecieju, opowiada, jak przed czterema laty do niego trafiła.

Mam 64 lata, jestem chora na cukrzycę i nadciśnienie tętnicze. Miałam zawroty głowy i bóle w nogach. Lekarz przepisał leki, ale przestraszyłam się skutków ubocznych. Pan Eugeniusz wyleczył mnie z obu dolegliwości. Ilekroć potrzebuję pomocy, zawsze zwracam się do niego.

Również wtedy, gdy przed dwoma laty córka pani Jolanty długo nie mogła urodzić, Eugeniusz Leciej pomógł kobiecie w sobie tylko wiadomy sposób – na odległość. I ku radości wszystkich na świat przyszła zdrowa dziewczynka.
Bywa, że zatrzymuje się w połowie drogi. Bo ktoś zamyka drzwi w przeświadczeniu, że już wyzdrowiał. On wie, że jest inaczej, ale...

Zostawiam temat, mówię, widocznie nie jesteś gotowy. Zdarza się, że po jakimś czasie wraca. I wtedy już idzie gładko, błyskawicznie. - Jeśli ktoś chce, ja tylko popycham... - mówi healer.

Jego uzdrawianie to przede wszystkim obserwacja. Nie skończył żadnej szkoły, która tego uczy. Ale poszerzał wiedzę. Doskonalił. Lekturze książki Louise L. Hay Możesz uzdrowić swoje życie towarzyszyła refleksja, że przecież o tym, co jest tam napisane, od dawna wie.
Już na początku uzdrawiania zauważył, że przyczyną chorób są nasze emocje. Do tych emocji przylepiają się demony.

- Są ludzie, którzy ciągle się wściekają albo smucą. Chcieliby, żeby zabrać tym spowodowane cierpienie, ale niczego w życiu nie zmieniają. A gdy im mówię, że trzeba inaczej, bo dopiero wtedy będzie efekt, najpierw się zgadzają, ale później wybierają taplanie się we własnym bagienku. Mogę ściągać to cierpienie na jakiś czas, ale ono będzie wracać, bo znowu tymi samymi zachowaniami przywołujemy demony. One karmią się naszą negatywną emocją.

Był bodaj 2000 rok, a do Klubu na Wybrzeże przyjechał szaman (i jednocześnie lekarz) z Peru. Jeszcze żyła Ula Giedrojć, która prowadziła Klub Przyjaciół Nieznanego Świata. Podczas spotkania w Gdyni przybysz z dalekiego kraju mówił o rzeczach, które Eugeniusz już znał, ale ich nie nazywał.

Powiedział, że smutek i żal to jest dym, a złość i gniew to ogień. I ja to widzę w ludziach.Trzeba nad tym pracować, ale nieraz dzieje się tak, że ludzi obsiądą demony, ktoś rzuci urok. Wtedy należy czyścić całą przestrzeń. Wszystkich w domu.

Choć nie kończył szkół bioterapeutycznych, poznał nauczycieli. Pierwszego - jesienią 1984 r. Miał wtedy 34 lata, pracowali razem w stoczni. To był starszy już człowiek, dowódca cywilnych wartowników. Los sprawił, że w czasie II wojny został wysłany do Indii, gdzie poznał wiele tajemnic. Po wojnie, zdemobilizowany, wyruszył do Nepalu po dalszą naukę. Wreszcie wrócił. Jedną z pierwszych zasad, jakie przekazał swojemu uczniowi, było: – Jeżeli chcesz poznać świat rzeczywisty, musisz odrzucić dogmaty religijne i naukowe. Gdy przy nich zostaniesz, niczego nie poznasz. Ale powiedział też, że bez wiary w Boga, niczego nie osiągnie.
Któregoś razu zapytał:
Czy chcesz wejść na ścieżkę mistrza?
– A co to znaczy?
– To ścieżka oświecenia.
– W takim razie: tak.
– Dobrze się zastanów. Niedługo zapytam cię ponownie.
Znów chciał. I za trzecim razem też. Wtedy jego nauczyciel powiedział:
Doznasz zatem wielkich cierpień, bo wszystko, co w tobie negatywne, będzie musiało zostać wyczyszczone. Dlatego musisz raz jeszcze dogłębnie się zastanowić.
Wszystko okazało się prawdą – opowiada uzdrowiciel. – Nacierpiałem się jak cholera. I fizycznie i psychicznie. A on zniknął. Ale jego mądrości we mnie zostały. Jednym z zaleceń mojego nauczyciela było, żebym podjął post. Raz w tygodniu, od rana do wieczora, ale z intencją. Bo wtedy trudniej. Wybrałem piątek. Wyszedłem bez śniadania, schodzę z czwartego piętra, na którym wtedy mieszkałem, a na drugim spotykam sąsiadkę. Ona podaje mi jabłko. Chwilę później biegnę na dół i bezwiednie wbijam w nie zęby... Uświadomiłem sobie, że zjadłem je dopiero na dole. Po tygodniu bardzo się pilnowałem. Bez śniadania, bez pokus sąsiedzkich. Koło południa zagadałem się z kolegą w pracy. Podał mi ciasto. Zjadłem, zanim pomyślałem.

I tak to trwało ponad miesiąc, aż w końcu udało mu się pościć cały dzień. Później było ćwiczenie z codzienną modlitwą. W takim reżimie żył trzy lata.

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.