Ostatnie dni Inków

ImageOstatnie dni Inków.
Kim MacQuarrie
Rebis, Poznań 2009

Na bezrybiu i rak... – pomyśleliśmy, biorąc do rąk książkę Kima MacQuarriego. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby w Polsce wreszcie ukazało się wiekopomne dzieło Johna Hemminga Conquest of the Incas (Podbój Inków), które – jeśli chodzi o tematykę południowoamerykańskiej konkwisty – od kilku dziesięcioleci jest niedościgłym wzorcem metra. Skoro jednak Hemming dla polskiego Czytelnika ma nadal pozostać niedostępny, niech będzie choć McQuarrie.

Bo przecież, mimo że postęp w badaniach historycznych nad konkwistą w ostatnich dekadach okazuje się ogromny, nasza wizja upadku Inków nadal kształtowana jest przez Podbój Peru Williama Prescotta – monografię, która pierwsze swe wydanie miała... w 1847 roku!
Ostatnie dni Inków to książka niezła i na pewno godna polecenia. Choć – wbrew zapowiedziom na obwolucie – Vilcabambie, ostatniemu bastionowi Inków, autor poświęca stosunkowo niewiele uwagi, okres do śmierci Manca Inki, powstańczego władcy Inków omawia bez zarzutu, posługując się wieloma bardzo celnie dobranymi cytatami z hiszpańskich kronik. To druga charakterystyczna cecha tej pozycji: McQuiarrie bardziej koncentruje się na zdobywcach niż obrońcach. Brak u niego równowagi, o którą tak bardzo zabiega niedościgły John Hemming.
Innym mankamentem jest to, że badacz, pisarz i filmowiec, którym jest Kim McQuarrie z niezrozumiałych względów panowaniu najstarszego syna Manco Inki – Sayri Tupaca poświęca tylko jeden akapit (podczas gdy jego rządy trwają przeszło dekadę), natomiast rządy Titu Cusiego – kolejnego tubylczego króla, który – jeśli chodzi o skuteczność wodzenia Hiszpanów za nos – dorównywał Manco Ince, omawia w sposób skrótowy i fragmentaryczny. Z kolei obecność ostatniego z władców Vilcabamby, Tupaca Amaru na kartach książki ogranicza się de facto do... jego egzekucji. Szkoda, gdyż autor traci okazję do pokazania tego, co w ostatnim etapie konkwisty najciekawsze i najbardziej frapujące.
Najlepszym fragmentem tomu okazują się zapisy dotyczące poszukiwań ostatniej inkaskiej stolicy – Vilcabamby, po której przez stulecia stopniowo ginął wszelki ślad. McQuarrie pokazuje je z dużym rozmachem, znawstwem i wręcz epickim zacięciem. Dwaj główni protagoniści pogoni za zapomnianym bastionem Synów Słońca – Hiram Bingham i Gene Savoy przedstawieni są w sposób bardzo sugestywny. Tu warto odnotować jeden wielce znamienny fakt: Bingham – człowiek, który na cały świat rozsławił Machu Picchu – w 1911 roku de facto dotarł do Vilcabamby, ale, ze względu na gęstwinę, jaka ją skrywała, nie docenił rozmiarów ruin i ostatecznie za ostatnią inkaską stolicę (niesłusznie) uznał Machu Picchu. Jego błąd 53 lata później naprawił dopiero Gene Savoy, który w 1964 roku podążył w ślady Binghama i udowodnił, iż ruiny koło wioski Espiritu Pampa to dawna inkaska Vilcabamba.
Ten fragment książki dla polskiego Czytelnika może okazać się szczególnie interesujący. Przez lata byliśmy bowiem karmieni twierdzeniem popularyzatorki turystyki Elżbiety Dzikowskiej, że to ona i Tony Halik, biorąc udział w 1976 roku w ekspedycji prof. Edmunda Guillena, zlokalizowali Vilcabambę. Książka Ostatnie dni Inków wyraziście ukazuje, jak bałamutne okazało się to twierdzenie. Wszak w 1976 roku nie można było odkryć tego, o czym wiedziano od roku 1964, a przy okazji pojawienia się na polskim rynku Ostatnich dni Inków należy definitywnie położyć kres wspomnianej dezinformacji.

 Recenzja Nieznany Świat nr 9/2009

Bieżący numer



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.