QUANTEC: Karetka pogotowia, która zjawia się najszybciej

Osoby prak­tyku­jące radionikę wiedzą, że na efekty lecznicze tej metody nie ma wpływu odległość dzieląca pac­jenta od urządzenia. Że – mówiąc obra­zowo – może on zna­j­dować się po drugiej stronie globu, a skutek i tak będzie natychmiastowy.

Dlaczego tak się dzieje? Najpraw­dopodob­niej ener­gia wyko­rzysty­wana pod­czas pro­ce­dur radion­icznych ma charak­ter nielokalny, inaczej mówiąc: pro­ces leczenia prze­b­iega w dome­nie kwan­towej, poza grani­cami czasu i przestrzeni.

Również stosowane w radion­ice instru­menty są jakby „wirtu­alne”. Stąd tak ich wiele, począwszy od słyn­nych „czarnych skrzynek”, a skończy­wszy na kom­put­er­ach z właś­ci­wym opro­gramowaniem, do jakich zal­iczymy Quan­tec.
Jest on aparatem radion­icznym, skanu­ją­cym i har­mo­nizu­ją­cym pola mor­ficzne, jak również biopola. Wys­tępu­jące w tych obszarach zakłóce­nia stanowią dowód rozwi­ja­jącej się choroby. Quan­tec jest w stanie czy­tać owe pola i umieszczać w nich nowe infor­ma­cje, które zapoc­zątkowują pro­ces samouz­draw­ia­nia. Urządze­nie to potrafi także odnaleźć początek całego łańcucha uszkodzeń, po czym zas­tosować ter­apię kauzalną (przy­czynową), która nie sku­pia się wyłącznie na usuwa­niu symp­tomów, co stanowi grzech pier­worodny wielu ter­apii stosowanych w medy­cynie aka­demick­iej.
O skuteczności Quan­teka mówią ostat­nio także lekarze. Przykład­owo, dok­tor Arka­diusz Uznański, psy­chi­a­tra, pracuje z tym aparatem od ponad roku.

Od halucynozy do zapale­nia nerwu trójdzielnego

– W październiku 2011 r. do mojego gabi­netu trafił 40-​letni Pan Rafał. Spraw­iał wraże­nie przes­traszonego i zrezyg­nowanego, jakby uszła z niego cała chęć do życia — pisze dok­tor Uznański. — Powoli i nieco chao­ty­cznie opowiedział mi swoją his­torię.
Od wielu lat pra­cował fizy­cznie w Hisz­panii, głównie na budowach. Codzi­en­nie do obiadu i kolacji wyp­i­jał pół butelki wina, a cza­sem całą. Nie upi­jał się, nie rozra­biał, następ­nego dnia szedł sum­i­en­nie do pracy. Od jakiegoś czasu gorzej syp­iał, bywał drażliwy, miewał prob­lemy z kon­cen­tracją i uwagą.
Cztery miesiące wcześniej był świad­kiem (jed­nym z wielu) pora­chunków okolicznych gangów. Wszys­t­kich, którzy widzieli niebez­pieczne zajś­cie, przesłuchano na policji i wypuszc­zono. Właśnie wtedy rozpoczął się kosz­mar mojego pac­jenta. Następ­nego dnia po prze­budze­niu usłyszał głosy rozpraw­ia­jące o nim jako o gang­sterze, chuli­ganie i złodzieju. W pobliżu nie było nikogo, za oknem jedynie zwykli prze­chod­nie… Zdzi­wiony wyszedł do pracy. W auto­busie zauważył, że kilku siedzą­cych na drugim końcu pojazdu Hisz­panów roz­mawia na jego temat. — Mówili o mnie bandyta, gang­ster! Krzyknąłem do nich, żeby się odczepili, a oni tylko dzi­wnie na mnie spo­jrzeli.
Pan Rafał był prz­er­ażony tym, co się wokół niego dzieje. Wszyscy ci obcy ludzie rozpraw­iali o nim jako o przestępcy, a on był prze­cież niewinny! Wów­czas postanowił pójść na policję i złożyć dodatkowe zez­na­nia. Niewiele to pomogło, obraźliwe głosy nadal go nękały, słyszał o sobie w radio oraz w TV. Zwol­nił się z pracy i z początkiem wrześ­nia wró­cił do Pol­ski. Przes­tał wychodzić z domu, poza­sła­niał okna, leżał i całymi dni­ami wpa­try­wał się w sufit.
Do mojego gabi­netu przyprowadz­iła go zroz­pac­zona żona. Po tym, co usłysza­łem, postaw­iłem diag­nozę: halucynoza alko­holowa. Choroba psy­chiczna wywołana naduży­waniem alko­holu. O szpi­talu nie chcieli nawet słuchać. Zale­ciłem więc klasy­czne neu­rolep­tyki (m.in. Haloperi­dol). Niestety u p. Rafała szy­bko pojaw­iły się objawy niepożą­dane. Wtedy zas­tosowałem nowoczesne neu­rolep­tyki aty­powe. Pac­jent o wiele lep­iej spał, zaczął też wychodzić z domu, ale tylko do siostry. Ostate­cznie zapro­ponowałem ter­apię Quan­tekiem.
Od początku grud­nia pac­jent 4 razy dzi­en­nie przyj­mował doust­nie bioin­for­ma­cyjne lekarstwo, uzu­pełnione ter­apią radion­iczną, a wiec­zorem — neu­rolep­tyk (20 mg Olan­za­piny). Boże Nar­o­dze­nie i Nowy Rok spędził z rodz­iną w dobrym nas­troju. Zaczął samodziel­nie wychodzić z domu, robił zakupy, pod­jął się wyre­mon­towa­nia domu. — Ludzie przestali o mnie gadać! Nie słyszę już żad­nych głosów! – wyz­nał mi zaskoc­zony. Na początku lutego znów pojechał do Hisz­panii. Pracuje na budowie, nie pije alko­holu.
Złośliwi mogą stwierdzić, że zadzi­ałał wresz­cie zaap­likowany neu­rolep­tyk, a cały ten Quan­tec… to jeden wielki bajer. Ale ja wiem swoje. W tym przy­padku Quan­tec ewident­nie dopomógł opanować chorobę psy­chiczną. Zresztą z prak­tyki lekarskiej wiem, że jest bardzo przy­datny przy wspo­ma­ganiu leczenia zaburzeń lękowych, depresyjnych, psy­cho­so­maty­cznych, a także w kłopotach ze snem i odży­wian­iem.

***

O urządze­niu Quan­tec pisal­iśmy w następu­ją­cych numer­ach Niez­nanego Świata: 8/​2010; 2/​2011; 3/​2011; 10/​2011; 11/​2011.

Pani Daria opisuje prob­lemy, jakie pojaw­iły się u jej ośmi­o­let­niego syna: – Był zamknięty w sobie, miał kłopoty z okazy­waniem uczuć. Przy jego niskiej samooce­nie nie potrafil­iśmy go zmo­ty­wować, ponieważ negował nawet swoje oczy­wiste osiąg­nię­cia, twierdząc np., iż nauczy­ciele kłamią, bo on wcale nie jest dobry. Do tego pojaw­iły się akty autoa­gresji, jak bicie się po twarzy lub uderzanie głową w ścianę… Długo można by opowiadać.
Teraz mijają dwa miesiące od czasu, gdy rodz­ice ośmi­o­latka zaczęli korzys­tać z pro­gramu Quan­tec. Z jakim skutkiem? Ich syn „złagod­niał”, nie wydaje się już tak zagu­biony. Otworzył się także na relacje z innymi i ma zde­cy­dowanie lep­szy kon­takt z kolegami.
- Oczy­wiś­cie wszys­tkie nasze bolączki nie zniknęły w jed­nej chwili — pod­sumowuje pani Daria. — Ale teraz możemy pra­cować z naszym dzieck­iem, a niedawno czuliśmy się zupełnie bezsilni. Nie trak­tu­jemy Quan­teka jako remedium na każdy zaist­ni­ały kłopot. Uważamy, że jest to narzędzie, które stwarza grunt, na którym można zacząć pozy­ty­wnie dzi­ałać. A to prze­cież bardzo ważne.

***

- Moja niepełnosprawna córeczka Beatka — opowiada zroz­pac­zona matka — nie chodzi, nie mówi, ale kochamy ją i podzi­wiamy hart jej ducha, jak też umiejęt­ność cieszenia się każdą chwilą życia. Niestety od ok. trzech lat czuła się coraz gorzej. Podawane leki uszkodz­iły i tak już nad­wąt­lone ciałko. A ból trwał — dzień i noc, noc i dzień. Prz­er­aża­jące i okrutne dla dziecka, ale i dla jego matki są cier­pi­enia, którym w żaden sposób nie można ulżyć! Nosząc w nocy na rękach krzy­czącą 16-​sto, 17-​sto, a ostat­nio już 18-​stoletnią dziew­czynę, patrzyłam, jak jej twarz zmienia się pod wpły­wem cier­pi­enia.
Pewnego dnia usłysza­łam o Qun­teku. To cud­owne urządze­nie — prowad­zone ręką niezwykle wrażli­wej osoby, pani Heleny Czarno­jan — pod­powiedzi­ało nam, że córeczka cierpi z powodu przewlekłego zapale­nia nerwu trójdziel­nego! Od tego momentu minęły dwa miesiące, a Beatka wciąż oczyszcza się z wielo­let­nich złogów, ropy, flegmy i innych okrop­ności. Pro­ces zdrowienia trwa nadal. Dzięki Quan­tekowi i pani Hele­nie! Dziękuję z całego serca, że jest Pani otwarta na nasze potrzeby i przy­wraca nam sens życia…

Byłam gotowa ją uśpić!

Urządze­nie, jakim jest Quan­tec, bardzo często pomaga również naszym bra­ciom mniejszym. Oto garść przykładów tego typu.

- Dla mnie i mojej suczki kilka ostat­nich miesięcy okazało się niezwykle cięż­kich — opowiada Ania. — Odkąd pamię­tam, zawsze na coś chorowała, nato­mi­ast poważny prob­lem pojawił się we wrześniu ubiegłego roku. W listopadzie pobrano u niej wycinek histopa­to­log­iczny. Diag­noza: nabło­niak wap­niejący z sil­nym stanem zapal­nym. Od swo­jej pani — wetery­narz usłysza­łam, że nie spotkała się jeszcze z takim przy­pad­kiem i nie jest w stanie powiedzieć, jak choroba będzie się rozwi­jać. A suczka mar­ni­ała w oczach. Aby ulżyć jej cier­pi­eniom, zaczęłam poważnie zas­tanaw­iać się nad uśpi­e­niem. W końcu poprosiłam o pomoc zna­jomego lekarza. Wtedy jeszcze nie wiedzi­ałam, że pracuje na Quan­teku. Zaor­dynował kurację trwa­jącą miesiąc. Z początku nie widzi­ałam żad­nej poprawy, ale czekałam cier­pli­wie do końca. Od połowy sty­cz­nia pojaw­iły się pier­wsze pozy­ty­wne zmi­any. Pies stał się wesoły, chętny do spac­erów oraz zabawy, przy czym stan zapalny zaczął się zmniejszać, a grz­biet poras­tać nową sierś­cią. Pełni wiary w przyszłość powró­cil­iśmy do nor­mal­ności!

Stoliczku – nakryj się!

Pewnemu farmerowi z RPA niespodziewany mróz zaatakował pole młodych ziem­ni­aków. Zała­many chwycił się ostat­niej szansy, jaką widział w Quan­tecu. Zas­tosował pełne miłości „naświ­et­lanie” tym urządze­niem. Zbiory obrodz­iły, a co naj­ciekawsze więk­szość kartofli przy­brała ksz­tałt serc. Czyżby odpowiedzi­ały na przesłanie miłości

I kole­jna opowieść o dzi­ała­niu Quan­teka, tym razem niezwiązanym z pro­ce­sem leczniczym. Sto­su­jąca to urządze­nie Ste­fa­nia Żak opowiada, w jaki sposób uzyskała pomoc w swych dzi­ała­ni­ach biz­ne­sowych.
- To był mój pier­wszy pro­gram tego typu z uży­ciem Quan­teka. Zna­joma hodowała pieski i miała prob­lem ze sprzedażą czterech ślicznych szczeni­aków. Napisałam zatem w imie­niu czworonogów: „Każdy z nas znalazł doskon­ały dom, nasi właś­ci­ciele bardzo nas kochają i o nas dbają. My też ich kochamy i okazu­jemy im swoją wier­ność”.
Po kilku dni­ach zwierzęta przewieziono na wys­tawę. Jeden został tam od razu sprzedany, a Pani, która go kupiła powiedzi­ała: „Nie uwierzy pani, ale właśnie taki mi się dzisiaj przyśnił!”. Dwa następne psi­aki znalazły naby­w­ców w ciągu kilku dni i został — o dziwo — najład­niejszy z nich. Ode­brałam tele­fon od zna­jomej: „Zrób coś, żeby kupił go człowiek, który będzie jeździł z nim na wys­tawy. Ja nie mogę go sobie zostawić, bo mam już w domu trzy”. Napisałam więc: „Mój nowy właś­ci­ciel jest najlep­szy z tych, jacy mogli mi się przy­trafić i bardzo chęt­nie jeździ ze mną na wys­tawy psów”. Pro­gram Quan­tekiem wykon­ałam w sobotę, a już w poniedzi­ałek otrzy­małam infor­ma­cję od zna­jomej: „Jestem w szoku, wyobraź sobie, że zadz­wonił pan, który w poprzed­nim roku kupił u mnie psa, ale bez rodowodu. Ozna­jmił, że przy niedziel­nym śni­ada­niu rodz­ina doszła do wniosku, że chcą mieć pieska, który będzie zbierał medale. To prawie jak w bajce: Stoliczku nakryj się!”.

Obyło się bez skalpela.

- Jedna z moich klien­tek przyniosła zdję­cie psa, który miał na brzuchu jakąś narośl — kon­tynu­uje prezen­tacje swoich przy­pad­ków Ste­fa­nia Żak. — Dostałam infor­ma­cję od Quan­teka, że to coś jakby się obkur­cza. Potem, pod­czas wiz­yty wetery­narza, padła opinia, że narośl przysy­cha.
Które­goś dnia zadz­woniła inna wys­traszona klien­tka, mówiąc, iż jej czworonóg leży cały mokry w budzie. Nie je, nie pije i cierpi z powodu bólu. Skanowanie jego zdję­cia pokazało, że pies może mieć skręt żołądka. Duże psy miewają taką przy­padłość, a wtedy niezbędna okazuje się oper­acja. Przekaza­łam to mojej klientce, ale odpowiedzi­ała, że sobie nie poradzi, bo psa z budy nie wyciąg­nie, a nawet gdyby to się udało, czworonóg i tak pan­icznie boi się samo­chodu… Właśnie dlat­ego wetery­narz zawsze przy­jeżdża do niego, a nie odwrot­nie. Pozostało zatem naświ­et­lanie jego fotografii diodą. A jak to się skończyło? Otóż bardzo dobrze: pies z widocznym apetytem zjadł kolację!

W sprzedaży





Strona korzysta z plików cook­ies w celu real­iza­cji usług i zgod­nie z Poli­tyką pry­wat­ności. Możesz określić warunki prze­chowywa­nia lub dostępu do plików cook­ies w Two­jej przeglądarce.