Coraz częściej w przestrzeni internetowej, zwłaszcza w formatach wideo, które zyskują ogromne zasięgi, pojawiają się narracje głoszące, że oto znaleziono klucz do zrozumienia rzeczywistości. Ich autorzy nie proponują hipotez ani pytań, dają gotowe odpowiedzi. Nie zapraszają do myślenia, lecz do uznania, że jest tak, jak głoszą w swoich youtube’owych kazaniach
Opowieści te obficie korzystają z terminologii filozoficznej, religijnej i naukowej, tworząc wrażenie głębi oraz kompetencji, jednak bardzo często są to konstrukcje oparte na swobodnym żonglowaniu pojęciami, wyrwanymi z kontekstu cytatami, uproszczonymi wizjami dziejów myśli. Problem nie polega na tym, że stawiają pytania odważne lub kontrowersyjne. Przeciwnie, problem zaczyna się tam, gdzie znika niepewność, a w jej miejsce pojawia się ton nieomylności.
Głos tych, którzy już wiedzą
Jako czytelnicy i autorzy związani z tradycją otwartości intelektualnej dobrze wiemy, iż świat jest znacznie bardziej złożony, niż chcieliby tego ludzie głoszący dogmaty (zarówno oficjalne, jak te alternatywne). Historia nauki, filozofii i religii uczy, że poznanie rozwija się poprzez spór, korektę oraz świadomość własnych ograniczeń. Dlatego szczególną ostrożność powinny budzić narracje, które nie znoszą sprzeciwu, nie dopuszczają wątpliwości, nie uznają granic własnej kompetencji. Ludzie, którzy twierdzą, że wiedzą, jak jest, rzadko mówią o metodzie, źródłach czy zakresie obowiązywania swoich twierdzeń. Wiedza zostaje tu zastąpiona deklaracją, a argument autorytetem nadanym samemu sobie.
Nie chodzi o to, by zamykać się na idee nieortodoksyjne ani by bronić z przyzwyczajenia akademickiego status quo. Przeciwnie: ciekawość świata i gotowość do kwestionowania oczywistości są fundamentem każdego autentycznego poznania. Jednak między otwartością a łatwowiernością istnieje zasadnicza różnica. Tam, gdzie złożone tradycje filozoficzne i teologiczne redukowane są do kilku nośnych haseł; gdzie język nauki służy nie precyzji, lecz sugestii; gdzie brak wątpliwości uznaje się za dowód głębi, tam pojawia się zjawisko szczególnie niebezpieczne: wiedza pozorna.
Mam wrażenie, że jedną z najbardziej zwodniczych form niewiedzy nie jest ignorancja. Najgorszym rodzajem niewiedzy jest właśnie wiedza pozorna! W dodatku ubrana w terminologię filozoficzną, teologiczną i naukową, potrafi sprawiać wrażenie głębi, podczas gdy w istocie operuje jedynie fragmentami sensu, oderwanymi od ich pierwotnego kontekstu. Jej siła perswazyjna nie polega na prawdziwości tez, lecz na estetyce erudycji: obfitych cytatach, nazwiskach wielkich myślicieli, pojęciach zapożyczonych z tradycji, które jednak tracą swoje znaczenie w chwili wyrwania ich z systemu myślowego, w którym powstały.
Mądrość bez wysiłku
Filozofia od samego początku była świadoma tego zagrożenia. Już Platon, krytykując sofistów, wskazywał, że można posługiwać się językiem mądrości, nie dążąc do prawdy, lecz do zwycięstwa w sporze. W dialogach, takich jak Gorgiasz czy Protagoras, sofista jawi się jako ktoś, kto zna słowa, lecz nie zna rzeczy; kto operuje pojęciami dobra, sprawiedliwości czy prawdy, ale nie podporządkowuje im własnego myślenia. Wiedza pozorna jest w tym sensie sofistyką epoki późnej: nie polega na braku lektur, lecz na ich instrumentalizacji.
Dalsza treść jest płatna
Czytaj bez ograniczeń
Odblokuj treści(najczęściej zadawane pytania). Jeśli dokonałeś już doładowania, kliknij w przycisk „Wykup dostęp” i potwierdź odblokowanie artykułu.





