
Byk się starzeje, ciśnienie szaleje. No, może nie aż tak bardzo. Jednakże powołując się na Koftę i Friedmana z XX wieku: Dobry Bóg zrobił co mógł, teraz trzeba zawołać fachowca, poserfowałem w Internecie, o czym jeszcze pół wieku temu mi się nie śniło, i wygooglowałem profesjonalistę kardiologa, który na dodatek był specem od terapii manualnej, a podejrzewałem, że podwyższone ciśnienie może być wynikiem kłopotów z kręgosłupem szyjnym.
No, bingo, od razu do dwóch lekarzy na jednej wizycie. Nic dziwnego, że trwała 80 minut. W przeliczeniu na złotówki (myślę, że w II poł. XXI w. będziemy już w strefie euro) wizyta kosztowała 500 zet.
Trochę dużo, ale jeśli dwóch lekarzy będzie mnie leczyć przez prawie półtorej godziny – wychodzi normalnie. Na stronie kliniki pokazuje się kalendarz i godziny, w których chciałbym zaszczycić doktora swoją wizytą. Wklikuję datę i czas. Na koniec pojawia się informacja, żebym się nie spóźnił. Jeśli zmieszczę się ze spóźnieniem w kwadransie, odliczą mi go od wizyty. Jeśli przekroczę ten czas, to mnie nie przyjmą i zapłacę 50% ceny.
Wsiadłem w przyszłościowy środek lokomocji i w godzinę, bez korków, byłem na miejscu. Ze strachu 60 minut za wcześnie. W bramie, do której trzeba było wejść, aby do owego lekarza dotrzeć, czekał na mnie naklejony wielki kod QR z napisem, że firma ma dwie płaszczyzny leczenia, żebym odczytał kod i określił, do którego lokalu chcę się udać. Jeśli bym sobie nie poradził, mam zadzwonić do rejestracji on-line, by dopytać.
Sobie poradziłem, znalazłem właściwe wejście. Przy wyjściu z windy duże logo kliniki i strzałka, dokąd iść. Dotarłem do drzwi. Wszedłem. Długi korytarz z wieloma drzwiami po każdej ze stron, pośrodku recepcja, obok pojemniki z wodą, kawa, herbata, cukier. Żywego ducha, ani śladu człowieka. Pod ścianą, gdzie wieszaki z okryciami – z piętnaście par butów. Do nikogo gęby otworzyć. Spod sufitu zwisa ekran, na którym pojawia się komunikat informacyjny. Gdy jesteś pierwszy raz, wypełnij obustronny formularz, dotyczący personaliów i rozmaitych zgód. Wypełniam. Obok formularzy ze dwadzieścia podstawek z wizytówkami lekarzy, terapeutów oraz lista specjalności, jakie reprezentują i co leczą. Na tablicy wyświetla się kolejny napis, żebym się nie niepokoił, jeśli nie widzę żadnego człowieka. O oznaczonej godzinie lekarz, do którego się zapisałem, po mnie przyjdzie.
Uspokojony, siadam i się rozglądam. Na ścianach mnóstwo dyplomów pracowników przychodni, w najrozmaitszych językach. Dotyczące ukończenia różnych szkoleń, specjalizacji, kursów oraz certyfikaty dotyczące najwyższych kwalifikacji.
Pod moim siedziskiem widzę gniazdko, w którym świeci dioda od mini urządzenia wysyłającego zabójcze dla bakterii, nieszkodliwe dla człowieka, promieniowanie.
Ktoś wszedł do korytarza z zewnątrz. Widać obyty, bo usiadł od razu, nie wypełniając formularza, i zatopił się w swoim smartfonie. Dochodziła moja godzina, kiedy wyszedł doktor, potwierdził, że to ja, i zaprosił mnie do środka, sugerując uprzejmie, żebym na progu gabinetu zdjął buty.
– Zależy nam na bezwzględnym bezpieczeństwie pacjenta – powiedział przepraszająco.
Kiedy usiadłem naprzeciw, spojrzał pytająco, co przyjąłem za zachętę, żebym powiedział, z czym do niego przyszedłem. Opowiedziałem o moich podejrzeniach co do kręgosłupa, o podwyższonym ciśnieniu. Wypytał o wszystko, nawet o to, czy pracowałem z bliznami po operacjach, które miałem. W życiu bym nie przypuszczał, że wymagają pracy. A potem wymaglował mnie, niczym na przesłuchaniu u homeopaty. Nic dziwnego. Holistycznie. Kiedy wróciliśmy do kręgosłupa, wskazał na stojący obok biurka stół do masażu i kazał się położyć. Przez kwadrans, stojąc nade mną, uciskał rozmaite punkty i wyciągał szyję. Kiedy wstałem, mogłem kiwać z podziwem głową na wszystkie strony. Siadłem z powrotem przy biurku. Doktor zdefiniował mi na nowo leki przepisane przez lekarza rodzinnego. Po czym zrobił kilka wykładów na temat ciśnienia, żywienia i, co tu ukrywać, mojego PESELU.
Na koniec wypisując receptę, powiedział, że jej numer oraz zalecenia otrzymane w gabinecie zapisze mi dokładnie i dziś jeszcze wyśle mailem na mój adres. Brak tu miejsca, żeby je opisać. Dość powiedzieć, że doktor polecał konkretne programy na YouTube, wybrane rozdziały z fachowych książek, niezbędne linki do medytacji w celu uciszenia nerwów, sugerował ewentualne zmiany w diecie, przekazał też mnóstwo praktycznych porad, nie tylko związanych z moimi dolegliwościami. Poinformował, że w poczcie znajdę także jego osobisty adres e‑mailowy, na który mogę się kontaktować z nim, w celu zadania pytań, rozwiania wątpliwości, a także aby poinformować go, jak się po wizycie czuję.
Na koniec uścisnął mi dłoń, życząc zdrowia, i polecając, żebym się w żadnym wypadku nie niepokoił, bo ogólnie jest dobrze. Od razu ozdrowiałem. Bez leków.
Po wyjściu z gabinetu odprowadził mnie na korytarz. Podeszliśmy do kontuaru recepcji, gdzie nadal nikogo nie było, i przyjął ode mnie, korzystając z kasy fiskalnej, opłatę za wizytę.
– Lepiej wydać pieniądze na etat lekarza – bąknął wyjaśniająco.
Byłem tam parę dni temu. Klinika znajduje się we Włoszech. Pardon. We Włochach. Pod Warszawą. W Polsce.
Jakieś wnioski? Przemyślenia? A co się będę głupio pytał…




