
Wkraczamy w najbardziej dynamiczną fazę przemian na naszej planecie. Widzimy, że jest to okres podważania wielu prawd, ale też czas iluzji. Ludzie boją się wszystkiego, co jest naprawdę nowe, a strach powoduje, że uciekają w psychozy. Nie są przy tym w stanie odróżnić kłamstw od prawdy, stąd w Internecie zalew sfabrykowanych filmów, newsów, które nie odpowiadają rzeczywistości. Pojawiło się zjawisko takie, jak zakochiwanie się człowieka (całkiem dosłownie) w sztucznej inteligencji. Stan potwornego zagubienia psychologicznego tworzy podatność na manipulacje
Na tym zagubieniu szybko zaczną żerować fałszywi prorocy duchowi. Wkrótce zaczną być oni widoczni. Jednak są też manipulatorzy rzeczywistością w jej szerszym wymiarze, jak np. prezydent Trump. Wielu, w tym dziennikarzom, wydaje się, że jest on szaleńcem miotającym się, gdy jego imperium zaczyna chwiać się w posadach. Jednak do osobliwego zjawiska, jakie on niewątpliwie sobą reprezentuje, można też podejść inaczej – wtedy ujrzymy więcej niż się zwykle opisuje.
Jeśli bowiem mamy sytuację, w której zachowanie jakiejś osoby zdaje się być pełne sprzeczności, nielogiczne (bo niby dlaczego w interesie USA miałoby być demontowanie NATO?), to trzeba na to spojrzeć trochę inaczej. Przed chaosem informacyjnym najlepiej ustrzec się w ten sposób, że gdy nie mamy spójnego obrazu, należy odrzucić słowa wypowiadane na konferencjach prasowych oraz emocjonalne treści, a skupić się na działaniach. Analizuje się wtedy skutki, biorąc je za punkt odniesienia i podstawę do określenia, co jest prawdziwym celem danej osoby.
W przypadku Trumpa mamy bowiem wyraźną dychotomię – w tym sensie, że to, co on mówi, jest wzięte ze świata bajek. Na rynki finansowe to już w ogóle nie oddziałuje. Gdy zaś skupimy się na realnych działaniach, zobaczymy, iż wbrew otoczce iluzji, są one bardzo konsekwentne, tyle że często przeciwne do tez wygłaszanych na konferencjach prasowych. Jest to przejaw dążenia do destrukcji. Nie da się inaczej wytłumaczyć wcześniejszych nacisków prezydenta, by skasować pomoc żywnościową i zdrowotną dla biednych Amerykanów, jednocześnie obniżając podatki bogatym, albo by lansować kryptowaluty, podczas gdy amerykański system finansowy już i tak traci wiarygodność. Jeśli uwzględnimy próby wprowadzania wojska do niektórych miast i adekwatne wytyczne dla dowódców, to ukazuje nam się nie człowiek czyniący Amerykę na powrót wielką, tylko ktoś, kto przyspiesza samozniszczenie kraju.
Nie chodzi mi tu jednak o to, by prezydenta atakować, ale by na jego przykładzie pokazać pewien mechanizm manipulacji. Opowiastki o mitycznej wielkości (kojarzące się z archetypową historią o feniksie, który spala się w ogniu, a po tym powstaje z popiołów piękniejszy niż kiedykolwiek) są adresowane do przeciętnych ludzi w USA i na ogromną większość z nich – przynajmniej tych, którzy Trumpa wybrali – wciąż jednak działają. A przynajmniej działały, gdy pisałem te słowa pod koniec stycznia…
To jest podobny mechanizm, jak ten znany nam z reklam. Ludzie nie dlatego decydują się na kupowanie czekolady X, bo z jakiegoś powodu uznają, iż jest lepsza – i twórcy spotu reklamowego o tym wiedzą, nie próbując stosować takich argumentów. Konsumenci kupują, bo do ich podświadomości dociera np., że ta czekolada zawiera mleko, albo ulegają uśmiechowi i urokowi aktorki grającej w reklamie. Innymi słowy, działa to dlatego, iż przeciętny człowiek funkcjonuje na bazie języka symbolicznego, będącego także podstawą ideologii. Te lansowane przez Trumpa pozostają skuteczne odnośnie do jego elektoratu, ze względu na to, co się w ogóle dzieje z psychiką ludźi w dobie regresu. Opisywałem już wcześniej to, iż mają oni kontakt z rzeczywistością niemal wyłącznie poprzez takie symboliczne, selektywne systemy. O tym, jak jest to groźne, najlepiej świadczy właśnie fakt, że można skutecznie zdemontować cały kraj i to w błyskawicznym tempie.
O podatności na takie manipulacje u ludzi decyduje też brak elementarnej wiedzy o świecie. Na ogół tego nie doceniamy, ale dane działania zawsze odnosimy do innych krajów lub do historii – tylko dzięki temu wiemy, że coś może prowadzić np. do upadku. Tymczasem Amerykanie nie są nauczani w szkołach ani geografii (z wyjątkiem może szkół prywatnych), ani historii świata, nie mają nawet przedmiotów ścisłych w naszym rozumieniu tego słowa. Wielu dziewięciolatków nie tylko nie potrafi czytać i pisać, ale nawet nie rozróżnia nominałów pieniędzy, nie jest w stanie odczytać godziny z klasycznego zegara itp. W gruncie rzeczy takie procesy zawsze biorą się z ludzi – dlatego tak groźna jest ślepota rodziców na rozwój dzieci w tym świecie.





