
Miasteczko miłe, ładne, zadbane, bez śmieci, choć wciąż z zakątkami błagającymi o gwałtowne leczenie lub o dobicie, bo ponadstuletniego wiekowania nie wytrzymują stropy, dachy i ściany. Ludziom też nielekko. Dookoła sady, opryski na okrągło, a Miasteczko leży w dolinie, wszystko spada na dachy i w płuca mieszkańców. Ale i tak lepiej niż na Śląsku. Taka uroda, taki kraj, taki klimat. Tutejszy Judym, doktor Paweł, leczy głównie płuca, gardło i zatkane żyły. Średnia krajowa i światowa.
Letnie popołudnie. Pojechałem do Miasteczka na zakupy. I poszedłem na spacer. Sam, bo tak najlepiej. Rozglądam się, patrzę w górę, czym skłaniam do podejrzeń przechodniów, bo czegoż uczciwego można szukać na dachach podupadłych domów? Kontrola jaka, czy co? Miasteczko politycznie podzielone na pół, więc może to ten z drugiego obozu coś knuje? Nic szczególnego. Normalka. Jak wszędzie.
Domy stojące przy samej ulicy, z zasłoniętymi oknami na parterze, nawet w lecie poutykane watą imitującą zimowy śnieg, na którym kwitną sztuczne kwiaty. Jakaś taka cisza wewnętrzna, kiedy się tak idzie. Bez warkotu samochodów, szumu ruchliwej ulicy wielkich miast, czasem jakiś traktor przejedzie, tamując ruch na drodze do Miasta i wywołując zniecierpliwienie jadących za nim kierowców.
Mijam straż pożarną, w budynku klub kultury, a po przeciwnej stronie ulicy kościół z końca XIX w. Ładny wiek, ale nic to wobec kościółka stojącego na cmentarzu, na drugim końcu Miasteczka. Drewniana perełka z 1535 r., też przygarbiona bagażem lat. Dalej poczta oraz sklep ze wszystkim dosłownie. Gdyby czegoś nie było (co zdarza się niezwykle rzadko), przemiły właściciel sprowadzi to specjalnie dla klienta.
W straży pracuje ochotniczo Mariusz. Razem z żoną Marzeną prowadzą warsztat samochodowy. Czasem tam zaglądam. Ostatnio zmieniałem opony na letnie. Trochę późno, wiem.
Parę metrów dalej dom Stasia i Basi, najpierwszych naszych znajomych od czasu przyjazdu w te strony.
Na Małym Rynku gabinet Uli, kosmetyczki, której mąż Tomek ratuje nas, jak mawiał imć Zagłoba, w najsroższych domowych terminach.
Ma Miasteczko swój Belweder, luksusową dzielnicę, niedaleko od drogi do Stolicy, gdzie pięknie jesienią i domy zupełnie nowe. Po drodze zapomniany cmentarz z grobem żydowskiego cadyka, którego teraz dopiero przywołano do właściwej godności, budując hotel dla diaspory, która będzie jego grób odwiedzała. Budynek stoi z jednej strony przy szkole z pięknym boiskiem i letnim basenem, z drugiej przytulając się do targowiska, które rozkłada się tu w każdy wtorek (małe) i piątek (duże).
Obok staw okolony latarenkami, z kumkającymi o zmroku żabami, z ławkami do odpoczynku nad wodą, zasilany niewielką rzeczką pełną kwaczących kaczek. Stacja benzynowa przy Topazie, w którym zaraz po otwarciu ogłoszono konkurs na hasło mające reklamować ten sklep. Oczywiście wygrałem i dostałem w nagrodę zmywarkę. Dwa dni wcześniej nasza stara całkiem się rozjechała. Mój Anioł maczał w tym palce?
Jest też i Biedronka, z najsympatyczniejszą w okolicy obsługą.
No i cymes nad cymesy – Miasteczkowa cukiernia, taka prawdziwa, z prawdziwą czekoladą, kakao i masłem w wypiekach. No, chyba że to Tłusty Czwartek – wtedy pączki i racuchy na prawdziwym smalcu. Bajaderka, jakiej w życiu nie jadłem. Blikle i Gesslerowa niech się schowają. Czasami sprzedają tu na wagę resztki. Wszystkie skrawki ciast i tortów pomieszane razem w kartonowych pudełkach. Kupuję, gdy tylko są, ku rozpaczy żony, która nazywa to, absolutnie niesprawiedliwie, dziadostwem. Taki kartonik, pół kilo, starcza na trzy dni. Ale raczej tak długo nie wytrzymuję.
Idę, słoneczko grzeje, jest pięknie. Napływające troski giną w jasności dnia, przeganiane przez lekki wiaterek znad stawu. Jest dobrze. Jest tu i teraz. I czuję się u siebie w tej chwili właśnie, nie myśląc, o tym, co będzie jutro, pojutrze, za rok.
Kiedyś napisałem, że życie jest jak portugalskie fado. To taka tamtejsza muzyka duszy, której się nie interpretuje. Ją się chłonie. Jak życie właśnie. Po prostu jak leci. Na wozie czy pod wozem, w restauracji Hyatta czy w McDonaldzie, z psem czy bez psa, z kasą czy bez kasy, samemu czy w grupie, w pałacu czy w kawalerce. I całkiem nieważne, gdzie się je chłonie: za oceanem, w europejskiej metropolii, w wielkim mieście lub małej wiosce, do której po spacerze wracam.
Dostałem kiedyś od znajomego bluzę z kapturem i napisem: Spectra Sport Windsurfing Club. Gość wyjechał do Kanady. Jest mu bardzo dobrze. Tylko trochę zimno.





