
Siedzę w urzędzie jako petent. Kolejka. Przeglądam Nieznany Świat. Akurat listonosz przyniósł, wyjąłem ze skrzynki i wrzuciłem do samochodu, a teraz w oczekiwaniu na zmiłowanie urzędnika, czytam.
Facet obok uporczywie wpatruje się najpierw w miesięcznik, a potem we mnie. Przeszkadza mi to. Podnoszę wzrok.
– Znam to pismo – mówi mój sąsiad.
– Dobre? – pytam.
– Dobre – odpowiada. – Stale czytam. Jak pan też czyta, to niech mi pan powie, jak to jest. Byłem u jasnowidza. Nie pierwszy raz zresztą. Wierzę w to. Patrzy w karty i mówi mi, nie powiem, same dobre rzeczy. To się cieszę, bo dobrze wiedzieć, że czeka mnie coś miłego w życiu. I te jego przepowiednie się sprawdzają. Powinienem się cieszyć, co nie? Ale nie mogę, bo jak to się już sprawdzi, to się okazuje, że to dobre jest dla mnie złe.
Po rozwodzie szukałem pocieszycielki. Facet z kart mi wyczytał, że spotkam na swojej drodze towarzyszkę dalszego życia i zapełnię dręczącą mnie uczuciową pustkę. Blondynka, sympatyczna, domatorka, lubi dzieci. I, wiesz pan, ja ją spotkałem, dokładnie taką, jak opisał – machnął z rezygnacją ręką – ale po trzech miesiącach okazało się, że to zołza.
Albo powiedział, że widzi pieniądze na moim koncie, niedużo, parę tysięcy, ale to też piechotą nie chodzi. I co? Miałem je na koncie istotnie, nawet się ucieszyłem. Ale radość trwała krótko. Okazało się, że bank się pomylił i wypłacił mi omyłkowo nie moje dywidendy.
A kiedy przepowiedział mi awans w pracy – też się sprawdziło. Tyle że awans był bez finansowej podwyżki i na dodatek z przeniesieniem dalej od domu. I co pan na to?
A co ja? Co mu mogłem odpowiedzieć? Że oprócz jasnowidza jest jeszcze Los, Fart, Fatum, Przeznaczenie i parę innych okoliczności? I że informacje przekazywane przez karty umiejącemu je czytać nie są ścisłym odwzorowaniem przyszłości, a jedynie szkicem przyszłych wydarzeń. Zaś nieznana nam jeszcze rzeczywistość zależy… No, właśnie… Od czego, czy od kogo zależy?
Pisałem kiedyś o odkryciu naukowców, którzy udowodnili, że człowiek, zanim podejmie jakąkolwiek czynność, jego mózg wie o tym ułamek sekundy wcześniej. Czy tyle trwa przekaz (od kogo?), żeby uświadomić mi, co mam zrobić? Mój mózg podejmuje więc decyzję wcześniej, zanim ja (?) świadomie ją podejmę? Czyli nie jestem autorem swojego życia, tylko jego komentatorem? Czy mamy wpływ na nasze działania, na wybór życiowej drogi? Czy może coś/ktoś delikatnie nas popycha w tę lub tamtą stronę, gdy staniemy przed kolejną życiową decyzją? Rysujemy sobie szereg dróg prowadzących do realizacji naszych planów, a niewidzialna ręka gumką wyciera je wszystkie, pozostawiając jedną, którą możemy pójść dalej?
Krótko mówiąc: mamy już z góry wytyczoną ścieżkę życia, czy też możemy ją sobie dowolnie wybierać? Determinizm czy indeterminizm? Najtęższe filozoficzne głowy przez wieki usiłują sobie odpowiedzieć na to pytanie. Wynik jest pół na pół. Czyli jasności nie mamy.
Co więc miałem odpowiedzieć facetowi z kolejki?
Opowiedziałem mu moją ulubioną anegdotę dotyczącą takich właśnie wątpliwości, którą zamieszczam tu, polecając Waszej uwadze.
Pewien bardzo wierzący człowiek doświadczał na swojej drodze życia wielu przykrości, rzekłbym w ilościach przekraczających normalnego pecha. A ponieważ był wierzący, zwrócił się z żalem do Boga, dlaczego tak ciężko go doświadcza. Najwyższy zaprosił go do Nieba i spytał, czy uważa, że krzyż, który dźwiga, jest dla niego niewłaściwy. Człowiek potwierdził. Bóg wziął od niego krzyż i dał aniołowi, by odniósł go do pomieszczenia, w którym leżało mnóstwo innych. Po krótkiej rozmowie z przybyszem Stwórca zaprowadził go tam i kazał wybrać sobie taki krzyż, który by go usatysfakcjonował. Człowiek przymierzył jeden z nich, ale stwierdził, że jest za ciężki. – Szukaj więc dalej – poprosił Przedwieczny. Po chwili przybysz wrócił z innym krzyżem i założył go sobie na plecy. Pochodził z nim chwilę, ale też mu nie pasował. – Za lekki, jak na mnie – skonstatował.
– Krzyży ci u nas dostatek, szukaj dalej – zaproponował Król Niebios.
Wreszcie człowiek, po kolejnych próbach, wrócił zadowolony i pochwalił się Najwyższemu:
– Znalazłem, Panie. Ten jest najlepszy – powiedział, z dumą pokazując wybrany krzyż.
Zaśmiał się Bóg: – Ależ to jest właśnie ten sam krzyż, który ci dałem i który nosiłeś na Ziemi.
No więc jak? Czy wybieramy sobie taki, jaki nam dają? Czy dają nam taki, jaki sobie wybieramy?
Filozofowie mają nad czym myśleć. My też.





