
Koszmarnie bezsenna noc z harcami demonów. Smutne to, ale w bezsenności nie ma krztyny romantyzmu ani tajemnicy. Inżynieria biopsychiczna, nie ma się co rozczulać. Moje emocje, jak wiele emocji, są tandetne, i tyle z tego mam. Jednak po takiej nocy pozostaje zmęczenie oraz wk**w na siebie, że ich (demonów) w czas nie przepędziłem.
Zbawienie. Kiedyś w to wierzyłem… I gdzie wylądowałem, gdzie się znalazłem? Nie wiem, zatem jak mam wiedzieć, dokąd iść, kiedy nie wiem, gdzie jestem? Coś się musi ruszyć, zawsze się jakoś rusza. Jeśli idzie o życie, to najtrudniej przeżyć najbliższe pięć minut, gdyż to, co się wtedy wymyśla, jest wszystkim, tylko nie tymi minutami. Wynika z tego, jak mówią w Bartodziejach, że najważniejsze to, co sobie człowiek dopuści do głowy.
Mam silne przeczucie, że śmierć niczego nie wyjaśnia. Będzie przejściem gdzie indziej, bez zapisu w głowie (?) o tym co było, bez pamiętania. Do czego miałaby służyć pamięć, bezużyteczna tam, gdzie czas nie istnieje?
Osobowość. Kompletny nonsens i bzdura, co wiem z autopsji. Osobowość oraz jej centrum jest środkiem niczego, ponieważ nie ma ona hierarchii. To są jedynie cechy, o których mówi się błędnie, że są cechami charakteru. Osobowość to nierząd i zmęczenie, to republikanie i demokraci razem wzięci, to leń, pijus, łajdak, rozpustnik, to pracuś z niewielką iskierką talentu literackiego. Wszystko to wzięte do kupy, grzęźnie w coraz większej niemocy, a nie ma komu oddać władzy.
Coraz częściej i bardziej wydaję się sobie zlepkiem różnych facetów, a jednocześnie tego czegoś anarchią. Jeden bałagani, a drugi sprząta, bo narzygane. Wyjątkowo niesłuszna duszność, kiedy dusisz się samym sobą.
Dusza. Dusza? O mój ty Boże! To tylko nazwa na coś, co nie jest coś. Może być, ale nie musi. Tu raczej chodzi o jakieś gwarancje, o zadowolenie z życia na przykład, bo o bezpieczeństwie czy szczęściu nie ma co mówić. Szczęście? O mój ty boże!
Oczekiwanie. Co znaczy oczekiwanie? Nic nie znaczy. Oczekiwanie ma niewiele wspólnego z przedmiotem oczekiwania, jest numerem, jednostką trwania (oczekiwania). Czekałem całe życie, żeby… Owszem tak też można, tylko po co? To wszak tylko kolejny sposób na coś.
Odchodzenie. Niepostrzeżenie (?) odszedłem od normalnego, jak się powszechnie uważa, istnienia. Nie odczuwam już potrzeby obowiązującej palety wzruszeń. Żalu, krzywdy czy depresji, że ten dzień, że to pięć minut, nie różni się od innych dni i minut. Słowem, że jestem sam.
Tak, jestem sam, ale to wyłącznie moje własne dzieło, wynik całożyciowych wysiłków, żeby tak właśnie było. A zatem żadnych rozczarowań, żadnej samotniczej pychy, żadnego obyczajnego wzruszenia i obaw, że ciężkie czasy nadeszły. Trwam trwaniem równowagi zasypywanego okopu i dobrze mi z tym.
dPN
andrzej.szmilichowski@gmail.com





