
Zaniosłem zegar do naprawy. Kłamię. Nigdy nie chodził, więc się u mnie nie zepsuł, żeby go naprawiać. Taki dostałem w podarunku, z zastrzeżeniem, że jest niechodzący. Niby po co mi zepsuty zegar, ale wziąłem, bo był stary, dosłownie wiekowy, a wszystko, co stare, wymaga przynajmniej szacunku. Pomyślałem sobie, że kiedyś oddam go do zegarmistrza, żeby ocenił, czy da się mechanizm ożywić i czy może ma jakąś wartość zabytkową. Lata mijały, czasu wciąż brakowało (wiadomo – zepsuty zegar) i wisiał tak sobie w przedpokoju, ustawiony na pięć minut przed dwunastą, dodając domowi sznytu i smaku. Przed samymi świętami, wieszając choinkowe lampki i dekoracje, które co roku pysznią się właśnie obok niego, zauważyłem, że jakoś tak smutno spogląda, a wskazówka jakby się posunęła i wskazywała teraz dwunastą za trzy minuty.
Jeśli ktoś przez 35 lat tkwi w atmosferze Nieznanego Świata, dostrzegać może, zaiste, różne rzeczy, których w rzeczywistości nie ma, lub takie, które umykają uwadze innym. Wyglądało na to, że się o te dwie minuty posunął. Jakby chciał oznajmić, że drzemie w nim jeszcze życie, że dusza nie umarła i gdyby tylko dać mu szansę… Nie wiedziałem, jak to odebrać, na wszelki więc wypadek zdjąłem i owinąłem ściereczką wahadło, zegar zapakowałem w szykowny karton i zabezpieczyłem folią z bąbelkami. Przystosowawszy go do podróży, pojechałem do Falenicy, do zegarmistrza, którego nie mogła się nachwalić moja znajoma. Liczyłem na pomoc fachowca w ożywieniu zegara i na łaskawość mojego milczącego przyjaciela, gdy już będzie na chodzie.
Kiedy te wszystkie czynności wykonywałem, wyobrażałem sobie moją drogę do Falenicy, rozpatrywałem przesiadki i środki lokomocji, którymi będę musiał jechać, przewidywałem rozmaite niedogodności i przeszkody mogące czyhać na czekającej mnie drodze.
Do zegarmistrza dotarłem po dwóch godzinach i oddałem mu do rąk zegar, prosząc, by zrobił, co może, bo żal patrzeć, jak czasomierz stoi w miejscu i żal nie słyszeć, jak wybija godziny.
Po wyjściu na ulicę rozmyślałem nad moją wędrówką. Jakby dopiero co, przed chwilą niemal, zastanawiałem się, jak tu dotrę. Teraz – proszę bardzo – stoję na zewnątrz galerii, w której mieścił się punkt naprawy zegarów i mogę wracać do domu. I dumam nad tym, jaka będzie ta powrotna droga i widzę siebie, jak wysiadam z autobusu i idę tę paręset metrów do domu. I za dwie godziny, to, o czym teraz myślę, co przed sobą odtwarzam, będzie już poza sferą domysłów, a stanie się nieubłaganym faktem.
Macie tak czasami? Od rana szykujecie się na sylwestrową zabawę, zastanawiacie się, w jaki garnitur się przyoblec lub jaki zrobić sobie kolor włosów i paznokci, po czym po paru godzinach, tylko dlatego nie zauważacie, że to wszystko minęło i macie to już poza sobą w sferze doświadczeń, a nie wyobrażeń, bo jesteście w wesołym, pozabawowym nastroju.
A tu już po balu. Nie czekacie na niego z niecierpliwością i w radosnym rozedrganiu, pełni oczekiwań, bo odszedł już on do krainy wspomnień, zmienił czas na przeszły, nieodwracalny, strach powiedzieć: skończony.
A w pierwsze dni nowego roku przyjdzie czas na nowe wyzwania, nowe projekty, które powstaną w naszej wyobraźni, będą krok po kroku się rozwijały, aż napęcznieją, wybuchną dojrzałością i spełnieniem, chwilę potrwają w pełnym rozkwicie, po czym bezpowrotnie odejdą do krainy wspomnień.
I teraz szybko, szybko, znaleźć trzeba jakiś kolejny, następny cel, będziemy go sobie wyobrażać, pieścić jego możliwości realizacyjne, zastanawiać się nad szansami jego urzeczywistnienia.
Czasami tych planów brak, wtedy dni bez nich, te zwyczajne, też przemijają, tyle że wiele z nich ginie w bezbrzeżnej niepamięci.
I tak patrząc na mój odebrany od zegarmistrza, tykający już zegar, wybijający godziny pięknym aksamitnym bang-bang, zastanawiam się, czy życie to jest to, co już przeżyliśmy i zachowujemy w sobie, czy to, co jest jeszcze przed nami, co sobie wyobrażamy i realizujemy dzień po dniu?
A może i jedno, i drugie?





