Na początku lat dziewięćdziesiątych mieszkałem w Człuchowie, przy ulicy Królewskiej, naprzeciwko kościoła. W starej kamienicy na pierwszym piętrze. Czasy były inne niż dzisiejsze. Nie miałem telefonu komórkowego, nie korzystano jeszcze z e‑maili. Jeśli ktoś chciał się ze mną skontaktować, po prostu przyjeżdżał w ciemno. I takich ludzi pojawiało się sporo, szczególnie gdy gazety zaczęły pisać o tym, czym się zajmuję. Z tamtych czasów zapamiętałem pewną anegdotyczną sytuację
Pewnego dnia, wracając z pracy, zastałem na mojej klatce schodowej spory tłum. Ludzie stali w ciszy i czekali. Kiedy chciałem wejść do mieszkania, usłyszałem:
– Proszę pana, tu obowiązuje kolejka.
Odpowiedziałem spokojnie, że ja tu po prostu mieszkam.
– Aaa, to pan Jackowski! To niech pan wchodzi i niech pan zacznie nas przyjmować.
Mieszkanie było niewielkie, tylko pokój z kuchnią, za to naprawdę sporą, bo mieścił się w niej nie tylko stół i kilka krzeseł, ale też wersalka. To tam przyjmowałem ludzi. Z dzisiejszej perspektywy widzę wyraźnie, że nie była to zwykła domowa przestrzeń, lecz miejsce, w którym ludzkie nadzieje i ból wplatały się w moją codzienność.
Pewnego dnia przyszła do mnie kobieta z okolic Człuchowa, kompletnie rozbita psychicznie. Drżącymi dłońmi podała mi czarno-białą fotografię mniej więcej dwudziestoletniej dziewczyny, swojej córki, która zmarła na białaczkę. Kobieta powiedziała mi, że w czasie choroby modliła się, by Bóg zabrał ją, a oszczędził jej dziecko. Prosiła o to z całych sił. A jednak córka odeszła, a matka została sama, z bólem, który wydawał się bezgraniczny.
Zapytałem, w czym mogę pomóc. Odpowiedziała, że nie przyszła po pocieszenie. Chciała jakiegoś znaku, dowodu, że jej dziecko… gdzieś tam nadal istnieje. W pierwszym odruchu odmówiłem. Uznałem, iż nie umiem, nie mam prawa dawać jej nadziei. Jednak rozpacz kobiety była tak ogromna, że w końcu spróbowałem.
Wziąłem zdjęcie, przyłożyłem je do czoła i zamknąłem oczy. Po jakimś czasie pojawiły się w mojej świadomości zdania – myśli, które przyszły nie wiadomo skąd: – Mamo, jestem tu z Romanem. Mamo, jak do nas wrócisz, Roman już nie będzie cię bił.
Podczas następnego spotkania z kobietą zapytałem: – kim jest Roman? Odpowiedziała, że to ojciec dziewczyny.
– A pani mąż żyje?
– Żyje.
Pomyślałem wtedy: – Ale bzdurę wymyśliłem. I dosłownie w tej samej chwili kobieta stwierdziła:
– Ale jej ojciec nie żyje. Zapił się kilka lat temu. Był alkoholikiem. Rozstałam się z nim wcześniej, bo mnie bił!
Wszystko się zgadzało! Wszystko!
Kiedy kobieta wyszła z mieszkania, długo siedziałem w ciszy. Jedno słowo nie dawało mi spokoju: wrócisz. Było jak rysa na dobrze znanej mapie świata. Co oznaczało?
Moje dzieciństwo upłynęło w cieniu śmierci. Ojciec ubierał zmarłych. Mieszkaliśmy bardzo blisko kostnicy, w której pracował. Z okna widziałem niemal codziennie kondukty pogrzebowe. Może dlatego jako dziecko bardzo bałem się śmierci. Modliłem się, by nie umrzeć młodo.
A jednak w chwilach największego lęku przychodziła mi do głowy pewna myśl: – Nie bój się. Gdy umrzesz, ockniesz się i powiesz: „O rany… to tylko tyle?” Będziesz zdziwiony, że tak bardzo się bałeś.
Po ponad czterdziestu latach doświadczeń coraz częściej czuję, że śmierć nie zamyka drzwi. Przeciwnie, ona je uchyla. Nie jest końcem, lecz zmianą perspektywy. To jak przebudzenie. Nie odchodzimy – wracamy. Wracamy do miejsca, które znamy lepiej, niż potrafimy to opisać językiem codzienności.
Może świat, uznawany przez nas za jedyny, jest jak tafla jeziora o zmierzchu – odbija rzeczywistość, znacznie bogatszą niż ta, którą jesteśmy w stanie dostrzec na powierzchni. A to, co nazywamy końcem, jest tylko początkiem czegoś innego, nieopisanego, nieoczekiwanego.
Tak myślę. Tak to czuję. I może to właśnie jest ta niewypowiedziana ścieżka, którą próbujemy sobie przypomnieć przez całe życie. Ścieżka nie prowadząca do końca, lecz do świata pełniejszego oraz prawdziwszego niż wszystko, co uznajemy za rzeczywiste.





