To pytanie powraca do mnie nieustannie, jak echo, które nie chce zamilknąć. Im dłużej żyję, tym mocniej czuję, że rzeczywistość, którą uznajemy za oczywistą, stanowi jedynie cień czegoś znacznie głębszego. Myśl ta powróciła do mnie z całą mocą, gdy kilka lat temu dotarła do mnie wiadomość o śmierci Marka Rymuszko
Noc. Tankowałem samochód na stacji benzynowej, gdy usłyszałem tę informację. Trudno było mi w nią uwierzyć. Przecież znała go cała Polska, a dla mnie pozostawał kimś szczególnie ważnym. Człowiekiem niezwykle uczciwym, i to w sposób, który dziś należy do rzadkości. Jadąc do domu, w ciszy, wypowiedziałem słowa modlitwy, a potem zacząłem mówić do Marka w myślach. Dziękowałem mu za uczciwość, za odwagę, za to, że w świecie pełnym uproszczeń potrafił strzec prawdy. Byłem przekonany, że to mój ostatni mentalny kontakt z nim.
Myliłem się.
Kilka tygodni później przeżyłem coś naprawdę niezwykłego. Zapowiadał się ciepły letni dzień. Obudziłem się przed szóstą. Żeby nie budzić żony, usiadłem na balkonie z kubkiem herbaty. W pewnym momencie niespodziewanie przysnąłem i zobaczyłem Marka. Wyglądał pogodnie, miał na sobie półgolf, a opierał się o coś, co przypominało ogromny biały bumerang.
– Tu jest rześko – powiedział z uśmiechem na powitanie.
Ten osobliwy obiekt obok niego skrywał w sobie przestrzeń – jasną, rozległą, niemal świetlistą. Przywodziła na myśl wnętrze świadomości. Marek dotknął jego powierzchni i nagle zobaczyłem, jak wewnątrz pojawiają się obrazy – niczym ekrany telewizorów z setkami, może nawet tysiącami wspomnień.
– Gdziekolwiek dotknę, tam są kolejne przeżycia. Mogę ich wciąż na nowo doświadczać – powiedział.
Po chwili obraz się zmienił. Zobaczyłem Marka leżącego nieruchomo na stole i mnie unoszącego się tuż nad nim, patrzącego mu prosto w twarz. I wtedy usłyszałem myśl: Chcesz wiedzieć, jak się umiera? Nie czekał na odpowiedź. Po prostu mi to pokazał. Doświadczenie przyszło nagle i okazało się niezwykle trudne do opisania. Jakby Marek zapadł się w głąb własnej świadomości. To przeżycie miało w sobie coś głęboko poruszającego. Gdy się obudziłem, długo nie mogłem dojść do siebie.
Naprawdę niezwykły sen
Od tamtej pory coraz częściej zastanawiam się, kim jesteśmy i po co tu jesteśmy. Doszedłem do wniosku, że człowiek przychodzi na świat z pewnym zasobem energii – czystej, pozbawionej cech osobowych. Dopiero życie nadaje jej kształt: poprzez wybory, emocje, czyny, dobro i zło. W ten sposób formuje się osobowość. Właśnie po to tu jesteśmy, by tę energię kształtować.
Coraz mniej wierzę w to, że po śmierci gdzieś odchodzimy. Mam raczej poczucie, że w istocie nigdzie nie zmierzamy. Cały czas pozostajemy gdzieś tam, a nasze życie to jedynie szczególna forma doświadczenia. Jesteśmy jak kamery rejestrujące świat: widzimy, słyszymy, czujemy, przeżywamy. A wszystko to zapisuje się w nas.
Uważamy, że świat jest materialny i twardy. Tymczasem atom w większości składa się z pustki. Właściwie niemal w całości nią pozostaje. Materia daje jedynie złudzenie trwałości przez to, że ma masę, zajmuje przestrzeń. A jeśli istnieje dusza, to z czego powstaje? Być może z myśli. Z wyobraźni. Z tego, co niematerialne, a jednak realne.
Mówi się o niebie i piekle, jakby były miejscami. A może każdy ma je w sobie? Człowiek pełen zawiści, gniewu i krzywdy gromadzi to wszystko we własnym wnętrzu. Z czasem ten zbiór staje się jego światem. Ten, kto starał się żyć dobrze, buduje w sobie przestrzeń jasną, spokojną i harmonijną. A ten, kto trwał w złych emocjach… cóż – one również w nim pozostają. Trudno więc mówić o karze czy nagrodzie. To raczej naturalny skutek podejmowanych wyborów.
Błędne jest przekonanie, że niczego z tego świata nie zabieramy. Zabieramy: własne emocje, relacje, skutki naszych czynów, a także wpływu, jaki wywarliśmy na innych.
Wyobraźnia nie stanowi ucieczki od rzeczywistości. Kto wie, czy nie jest najgłębszym poziomem istnienia. Może właśnie ona jest kolebką świata, z którego pochodzimy. A życie nie okazuje się zejściem w materię, lecz drogą powrotu. Być może właśnie to jest klucz do świata, z którego przyszliśmy.





