
Wolności ciąg dalszy. Wolność to nie jest świat, w którym pragnąłbyś zaistnieć, ponieważ to nie miałoby większego sensu, bowiem być wolnym, to postawić na samego siebie w tym i każdym innym świecie.
Natomiast w być nie ma moim zdaniem miejsca na śmierć, a to, że jest, jest irytujące. To, iż się rodzimy, uważam za absurd w sensie kosmicznym, natomiast kompletnym już absurdem jest to, że umieramy, albowiem przeczy to elementarnej logice. Tu jednak ostrożnie się zastrzegę, że w szerszym pojmowaniu istnienia, tego, co nazywamy logiką, może w ogóle nie być.
Weźmy na chwilę na tapet naszą ojczyznę Polskę. Metoda z powodzeniem realizowana w polskim życiu tak społecznym, jak politycznym, w każdym życiu, polega na sztucznym tworzeniu problemów, a następnie traktowaniu ich z pozycji ontologicznych. Pod sztucznym rozumiem przypadkowość, niekonieczność, wpływowość oraz łatwość w podejmowaniu nieprzemyślanych, a niekiedy podejrzanych rozwiązań. Rzecz w tym, że ponieważ nikt nie chce tego ani widzieć, ani leczyć, te problemy prezentowane są jako problemy wagi najwyższej, globalnej, europejsko-światowej i nierozwiązywalnej.
Stawianie na poziomie obrad parlamentu problemu sprawy masła (niemieckiego!), jest przykładem typowym i tak absurdalnym, że nieomal metafizycznym. Brak mi wyobraźni, abym potrafił zobaczyć, jak można by z tego golema jeszcze coś sensownego ulepić.
Bezlitosna transformacja skazała na bycie wolnym, na wzięcie na swoje własne ramiona ciężaru świata, odpowiedzialności za ten świat, za swoje poglądy, za siebie samego. Tylko taki rodzaj świadomości powinien stymulować sposób bycia i rozumowania, sposób życia.
Mam świadomość, że bardzo upraszczam, ale obserwowanie z zewnątrz, a ja jestem z zewnątrz, wskazuje klarownie problem, każe też stawiać brutalne pytania o dojrzałość do bycia wolnym. Dramaturgia życia nie zaczyna się od pytania: Jak żyć? Zaczyna się od rozwiązywania zadań, jakie życie stawia. Szekspir nie szukał rozwiązań, on jedynie przedstawiał życie.
Ale co ja tu gadam, co bredzę! Nie przebywa się bezkarnie pół wieku poza Polską, zatem winę ponoszę tylko ja, to ja się zmieniłem, nie życie! Zmieniła mnie nieobecność Tam, popełniłem wobec Niej, przeciwko wspólnocie, ciężki grzech, postawiłem się poza wspólnotą poglądów i obyczajów, poza wspólnotą umysłów.
Co z tego mam? Niewiele, tylko tyle, że się znam na grzechu, potrafię też odcedzić złe od dobrego. Czy było warto? Było warto.
dPN
andrzej.szmilichowski@gmail.com





