Do XIX w. wiele praktyk medycznych przynosiło chorym więcej szkody niż pożytku, mimo rosnącej wiedzy. Rozsądek przyszedł dopiero w minionym stuleciu. Doskonale oddaje to etymologia – słowo pacjent wywodzi się z łacińskiego patiens, oznaczającego zarówno cierpiącego, jak i wytrwałego, cierpliwego i znoszącego coś. Zatem pacjent to osoba, która cierpi, ponieważ toczy ją choroba, ale jednocześnie musi wykazać się cierpliwością i wytrwałością w procesie leczenia
W dawnych czasach krew upuszczano chętnie i nazbyt często zarówno pod strzechami, jak i na królewskich dworach. Najczęściej sączyła się do ceramicznego naczynia z wyżłobieniem w ściance, w które wkładano bezwładną rękę. Już od czasów antycznych uważano ją za substancję niezbędną do życia. W Biblii czytamy, że życie ciała jest we krwi. Obecnie wiemy, że aby kogoś wyleczyć, trzeba raczej włączyć jakiś specyfik w krwioobieg, niż odejmować życiodajnego płynu. Dlaczego zatem pozbawiano się czegoś, co jest warunkiem naszej egzystencji?
Aby odpowiedzieć na to nieco dziwne pytanie, trzeba odtworzyć sposób myślenia ludzi, którzy praktykowali te – dla nas współczesnych osobliwe – rytuały. Zasadniczy problem z puszczaniem krwi polegał na tym, że za jednym zamachem pozbywano się z ciała zarówno tego, co mu szkodziło, jak i olbrzymiej armii komórek odpornościowych pobudzonych przez patogen do jego obrony, czerwonych ciałek krwi odpowiedzialnych za transport tlenu i odprowadzanie dwutlenku węgla oraz trombocytów łatających uszkodzenia, tamujących krwotoki. Czerwony życiodajny płyn nieustannie krąży w naszych organizmach, ignorując prawa grawitacji. Precyzyjnie łączy najdalsze zakątki ciała w jeden zamknięty system. Bez niego nie byłoby oddechu, myśli, ruchu. Nie byłoby życia.

Krew intrygowała ludzi od zawsze. Wzbudzała strach i fascynację. Ta przy porodzie zwiastowała nowe życie, gdy płynęła z ran – nadchodzącą śmierć. Nasi praojcowie widzieli w niej tajemnicę, magię, niezbadaną siłę. Chętnie sięgali po czerwone barwniki – glinki nasycone tlenkami żelaza, ochrę czy hematyt. Wykorzystywali je do malowania ciał, ścian jaskiń, narzędzi, a więc do czynności klasyfikowanych jako zwiastuny symbolicznego myślenia. Krew przelewano na polach bitew, w imię ideałów, wiary i religii. Spływała z ołtarzy i pomników chwały. Była niezwykle ważna dla życia duchowego dawnych społeczeństw, stała się nieodzownym i pożądanym składnikiem wielu rytuałów przejścia. Bywała wyjątkowym darem składanym duchom przodków, którzy za ten akt mieli chronić żywych. Gdy upuszczano ją młodym mężczyznom, testowano wówczas ich wytrzymałość na ból, odwagę, odporność psychiczną. W ten sposób wchodzili w role nieustraszonych wojowników, wiązali się z naturą, ziemią, a ślady po nacięciach nosili z dumą. Majańscy kapłani nakłuwali ciała kolcami opuncji oraz ostrymi narzędziami, zbierając strużki krwi do specjalnych naczyń, a następnie ofiarowywali bogom. Znacznie dalej w temacie posunęli się Aztekowie, ekstremalnie dalej – to ich kapłani wycinali serca złożonym na ołtarzach nieszczęśnikom. Choć odczytanie kodów DNA nastąpiło w minionym stuleciu, nikt w dawnych czasach nie miał wątpliwości, że krew przekazywana z pokolenia na pokolenie tworzy nierozerwalne więzy. Ta przodków, najlepiej ta błękitna, była kluczem do dziedziczenia majątków, dóbr i tradycji.





