Pierwszy polski holopata, myśliciel, psychoterapeuta, pisarz. Uczeń austriackiego lekarza Christiana Steinera – ojca nowej gałęzi medycyny holistycznej. Obszary jego zainteresowań to psychologia praktyczna i ezoteryczna, rozwój duchowy, zjawiska parapsychiczne, UFO i trening autogenny. W 1964 r. wyemigrował do Izraela, skąd udał się w dalszą drogę poszukując własnego przeznaczenia
Na czym polega holopatia?
– Mówimy tu o medycynie energetycznej, a zarazem informacyjnej. Chodzi o aktywowanie i pobudzanie swobodnego przepływu uzdrawiającej energii z naszego wnętrza. W Biblii zostało to nazwane piciem wody z własnego źródła. Mamy dbać o to, żeby z centrum naszej duszy wypłynęła zdrowa energia. Gdy np. coś mnie boli, strzyka czy łamie w kręgosłupie, wchodzę świadomością w odpowiednią czakrę, otwieram ją, prosząc, żeby energia popłynęła w kierunku osłabionego miejsca i przywróciła w nim równowagę.
Czym ta dziedzina uzdrawiania różni się od homeopatii?
– Medycyna holopatyczna jest homeopatią zapisaną cyfrowo. Zamiast przepisywać ekstrakty albo globulki pod język, wysyłam do mózgu i ciała za pomocą aplikatorów magnetycznych odpowiednie informacje.
Korzystasz z tej metody osobiście?
– Jak czytam książkę, mogę oprzeć się o matę, włączyć aplikator i w tym czasie leci program. Nie chodzę natomiast do lekarzy medycyny konwencjonalnej, bo nie choruję.
Przed holopatią zajmowałeś się psychoterapią.
– Tak, w Niemczech, Austrii i Ameryce, aż do 1996 r. Słuchając klientów, czułem, co oni czują. Dziś nazwałbym to instynktowną psychoterapią. W większości wypadków zgadzali się z moimi poradami, ale były też wyjątki, które się na mnie obrażały. Jednak po pewnym czasie ci ludzie wracali i przyznawali mi rację. W pewnym momencie uznałem, że psychoterapia to nie jest moja droga. Po latach doświadczeń zrozumiałem, że wszystko zaczyna się w mózgu, który jest programowany przez użytkownika. Kiedy nasze ja, czyli dusza, wchodzi do ciała, kontroluje mózg poprzez przysadkę.
Spędziłeś łącznie 34 lata poza krajem.
– Wyjechałem w 1964 r., bo Urząd Skarbowy nie dawał mojemu ojcu żyć. Był lekarzem-bakteriologiem i nie chciał zapisać się do partii. Trzeba było podjąć trudną decyzję: zostać w Polsce i zająć się byle czym, albo wyjechać za granicę. Z bólem serca wybrał drugą drogę i wyjechaliśmy do Izraela. Już bez obywatelstwa polskiego a jeszcze bez izraelskiego. Jak przypłynęliśmy z Genui do Hajfy, na pokład weszli jacyś smutni panowie i na dzień dobry kazano nam podpisać dokumenty w obcym dla nas języku, które okazały się wnioskiem o przyznanie nam nowego obywatelstwa.
W Izraelu zacząłeś interesować się duchowością?
– Nie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że taki termin istnieje. Mój ojciec pracował jako lekarz na pustyni, a ja miałem 18 lat i ciągle byłem tym Romanem, który tańczył rock and rolla i za co dostawał w Polsce nagrody. Chciałem wrócić do Katowic, bo w Izraelu było mi za gorąco i nie odpowiadały mi zapachy na ulicach (np. smażonego falafela). Jedyne, co mi się podobało, to mrożone arbuzy na sztangach lodu. Niestety moje plany były w tamtym czasie niemożliwe do zrealizowania.
Z czego żyłeś?
– Sprzedawałem i kupowałem różne rzeczy, np. w Tel Awiwie umawiałem się z marynarzami na zaopatrzenie polskich delikatesów (które prowadził mój znajomy) w takie produkty, jak np. Żubrówka, sucha kiełbasa, szynka w puszce. Nie było ich na rynku, ponieważ religijni Żydzi pilnowali, żeby ludzie nie jedli niekoszernych rzeczy. Oczywiście bardzo dobrze robili, ale ludzie z demoludów byli przyzwyczajeni do wieprzowiny i wołowiny, nie zdając sobie sprawy, że martwy pokarm nikomu nie służy.
Dokąd wiodła dalsza droga?
– Po dwóch latach wyjechałem do Frankfurtu nad Menem. Wolałbym do Francji, ale nie znałem języka. A w Niemczech zostałem dlatego, że poznałem ludzi z Polski. Pracowałem u nich w charakterze DJ‑a w nocnych lokalach. Znałem się na jazzie i wiedziałem, jakie rzeczy grać. Byłem scenografem, dziewczyny mnie lubiły, bo wiedziałem jak ustawić im światło do tańca. Zarabiałem dobrze, ale czułem, że jestem w niewłaściwym miejscu. I nie miałem dobrego wzorca. Ojciec pragnął, bym też został lekarzem, ale nie chciałem, bo miałem w głowie taki schemat, że on skończył na izraelskiej pustyni.
Co na to znajomi?
– Uznali, że jestem nienormalny. Młody człowiek po wojsku, pracujący w nocnym lokalu, zarabiający nawet 2–3 tys. marek w jeden wieczór. Czułem, że muszę zacząć coś innego, ale co? Chodziłem z tym pytaniem jeszcze rok, dwa. W międzyczasie ożeniłem się z bardzo ładną dziewczyną z Bytomia. I było nam dobrze do czasu, kiedy życie samo pokazało mi moją drogę.
Dwa lata więzienia w NRD…
– Kolega przyszedł do mnie w sprawie swojego brata, bo wiedział, że pomagałem ludziom dostać się przez Berlin na Zachód. Czułem, że tym razem nie powinienem tego robić, ale kolega nalegał. Co byłby ze mnie za facet i co by powiedzieli o mnie we Frankfurcie, gdybym odmówił? Więc pojechałem to załatwić, myślałem, że wrócę za 2–3 godziny. Zostałem na 2 lata. Dzisiaj widzę to jako wspaniałe, intensywne przeszkolenie – i w więzieniu, i w armii izraelskiej, gdzie też nie uczą, jak podlewać kwiatki w ogrodzie czy sadzić pietruszkę.
Czy to właśnie tam zacząłeś rozwijać się duchowo?
– Jeszcze nie stałem się tego świadomy, ale już zacząłem pracę z wnętrzem. Stamtąd nie dawało się uciec, ponieważ całe państwo było dla mnie więzieniem. W Berlinie wznosił się mur, strzelano w plecy. Mogłem za to słuchać muzyki i pisać książkę – w sobie, a także myśleć, że kiedyś stąd wyjdę, a oni zostaną. Ciągle jeszcze nie wiedziałem, że to, o czym myślałem, się spełni. Po dwóch latach sprzedano mnie na Zachód, bo NRD potrzebowało pieniędzy. Nie kupiła mnie Polska, Izrael też nie. Kupiły mnie Niemcy Zachodnie, bo było je na to stać. Byłem wart kilkadziesiąt tysięcy marek, tyle co mercedes…
Jak smakowała wolność?
– Po powrocie do Franfurtu nad Menem okazało się, że moja żona była bardziej nieszczęśliwa na wolności niż ja w więzieniu. Nie zapytała nawet, jak tam się czułem. A ja ciągle widziałem siebie spacerującego wzdłuż morza pod palmami, chciałem pić zimne piwo i jeść zimne arbuzy. I moje marzenie wkrótce się spełniło.
W jakiej części świata?
– Na Ibizie. Nie wiedziałem, że takie miejsce na świecie istnieje. Szedłem ulicą, wstąpiłem do biura podróży, kupiłem dwutygodniową wycieczkę i wyjechałem. Chciałem zostać na zawsze, ale po roku znów poczułem, że to nie to. Mógłbym przecież mieć budkę, w której sprzedawałbym kraby, langusty, ryby z grilla i zimne alkohole, jak znajomy Szwajcar. Jednak życie prowadziło mnie dalej. Wróciłem do mojej bazy we Frankfurcie i do znajomych, którzy przeżywszy wojnę stracili wszelkie etyczno-moralne hamulce. Po paru latach wyjechałem do Ameryki. Mówiłem jak Afroamerykanin, bo tak mnie nauczono w barze, nie wiedząc nawet, że przeklinam, co wywoływało powszechne zdziwienie (śmiech).
Co wydarzyło się w tzw. “międzyczasie”?
– Znów zadzwonił do mnie przyjaciel, były marynarz – ten, którego brata miałem przerzucać przez Berlin. Czekając, aż wyjdzie spod prysznica, usiadłem koło jego żony i gapiliśmy się w telewizor – nadawali akurat program o cywilizacjach w Kosmosie. Niemiecki dziennikarz jeździł po Ameryce i odwiedzał ludzi, którzy twierdzili, że mieli telepatyczne, jak też bezpośrednie spotkania III. stopnia z kosmitami. Niektórzy opowiadali nawet, że zabrano ich na obcą planetę, a potem zwrócono. Po obejrzeniu materiału opętała mnie myśl, że też muszę zacząć jeździć po świecie i wysłuchać takich historii. Nie interesowała mnie technologia, bo nie jestem inżynierem, tylko to, co Obcy mają nam do przekazania.
To mnie tak ruszyło, że zacząłem się zastanawiać, skąd ja się wziąłem na tej planecie? Wkrótce dowiedziałem się o wykładach na temat UFO w Wiesbaden. Było w tych kręgach dużo nazistów – starych siwych Niemców. Zawsze widziałem w nich byłych esesmanów, a w niskich paskudnych typach w kapeluszu – gestapowców, i te projekcje umysłu wywoływały we mnie różne turbulencje. Na wykładach dowiedziałem się, że w dawnych czasach Niemcy budowali statek kosmiczny. Nie od razu uwierzyłem. Na tamtym etapie życia myślałem, że ci starsi panowie mogli wypić o pół litra za dużo (śmiech).
Jak w skrócie brzmiał przekaz cywilizacji pozaziemskich?
– Dowiedziałem się, że są dla nas przyjazne i nie podoba im się, że ludzie tworzą broń jądrową, która może zniszczyć życie. Później pojechałem do USA. Chciałem pracować w Chicago – największym skupisku Polonii na świecie, żeby jeździć do takich ludzi, jakich widziałem w programie telewizyjnym. Pragnąłem poznać prawdę.
Udało się z nimi spotkać?
– Nie było internetu, więc trzeba było przeczytać gazetę albo książkę o UFO, znaleźć informację, gdzie mieszka dana osoba, napisać do niej list na maszynie i poprosić o spotkanie. A potem czekać na odpowiedź. Spotykałem różnych ciekawych ludzi, a później poczułem, że powinienem tłumaczyć te przekazy na język polski. I tłumaczyłem. Napisałem też książkę UFO a ziemska świadomość, z której wynika, że powinniśmy wrócić do stanu świadomości danego nam przez Stwórcę, tworzyć na Ziemi piękny świat, a później polecieć w Kosmos i robić to samo.
Człowiek o świadomości, która nie jest uniwersalna, nie widzi w otaczającym go Wszechświecie swojego naturalnego środowiska, lecz widzi same „zagadki” i dlatego zawęża horyzont myślenia o sobie i innych do modelu myślenia naziemnego; zadowala się ‑izmami (jak np. judaizm, katolicyzm, komunizm, nacjonalizm). Krótko: taki człowiek nie czuje się świadomą cząstką Nieskończoności. On, w inaczej pojmującym życie człowieku, postrzega wroga, a to wystarczy, aby nim manipulować, a nawet go zabić.
Człowiek, który nie zdaje sobie sprawy z faktu, że jego świadomość jest Boska, nie czuje, że sam jest boską istotą i nie czci życia innych jako jedynej Boskości. Jego motto to: „Bądź wola moja!… i tylko moja”. Nie czuje się świadomym dzieckiem Boga i identyfikuje się z wszczepianymi mu od dziecka pojęciami. (…)
Jeśli więc już w świecie naszych ludzkich spraw reprezentujemy podejście do życia, które nieustannie prowadzi nas do konfliktu z naszym dotychczasowym rozpoznaniem rzeczywistości, to nie możemy się dziwić, że nie dajemy sobie rady w obliczu zjawisk pochodzących rzekomo ze sfer „pozaludzkich”, dokąd wzdragamy się poszerzyć horyzont naszej naziemnej świadomości. (…) Należy poszerzyć naszą świadomość aż do płaszczyzn, które do tej pory uznawaliśmy za nieznane.
Istoty pozaziemskie przekonują również, że wrogów nie należy zabijać, tylko uzdrawiać. Kiedyś założyłem w Tel Awiwie Cosmic Awareness Center, gdzie prowadziłem wykłady m.in. o tej kosmicznej świadomości.
Widziałeś kiedykolwiek UFO?
– Tak i myślę, że wielu ludzi widziało, tylko nie zdają sobie z tego sprawy. Gdy z żoną Martą i synem Robertem jechaliśmy autostradą w Kolorado do miasta Boulder, zobaczyliśmy cztery chmurki. Naprzeciwko leciała kolejna, pod wiatr, co jest niemożliwe z punktu widzenia fizyki. Przeniknęła te chmurki i więcej się nie pojawiła. Już wtedy wiedzieliśmy, że świat nie jest dokładnie taki, jak uczą w szkołach.
Porozmawiajmy o interakcjach człowieka z Wszechświatem.
– We Frankfurcie dowiedziałem się, że jest coś takiego, jak trening autogenny według doktora Schultza, niemieckiego psychologa. Spodobało mi się to prawo, bo wiedziałem już, że jest możliwe. W więzieniu nauczyłem się tego, że jak o czymś myślisz i chcesz, żeby ci się zdarzyło, to we właściwym czasie i miejscu, wśród właściwych ludzi to się stanie. Więc według Schultza, pracujesz ze sobą, widzisz przyszłość, jaką chcesz, każdy szczegół. I już dziś pobierasz stamtąd energię, co powoduje, że już teraz zaczynasz czuć się tak, jak we własnej wizualizacji. Równe przyciąga równe. Spodobało mi się to prawo, wszedłem w nie. Co zasiejecie, to zbierzecie. Mówi o tym psychologia ezoteryczna, mówił też Chrystus, mój mistrz duchowy.
Co przekonało cię do niego najbardziej?
– Nieustępliwość. Dlatego, że nie pozabijał po drodze paru osób, co na przykład zrobił Mahomet, tylko bez względu na okoliczności mówił: Wybaczam wam, bo nie wiecie, co czynicie. I w każdej sytuacji życiowej zadawałem sobie pytanie – ciekawe, jak by Chrystus przez to przeszedł?
Uważałeś się również za nauczyciela duchowego?
– Absolutnie nie. Uważałem się za zwykłego człowieka, który czerpał dużo z kosmicznych przekazów, m.in. o marnotrawieniu energii na zemstę, nienawiść czy zawiść. Doradzałem klientom, żeby nie mścili się na rodzinie i nie stosowali przemocy. Tłumaczyłem, że ktoś namagnetyzowany złością będzie przelewał ją na kolejne pokolenia. W Chicago była bardzo liczna Polonia. Mieszkałem w Jackowie koło kościoła, gdzie dochodziło do niesamowitych bójek, bo ci z Zakopanego nie lubili tych z Tarnowa itd. W tamtych czasach takie zachowanie było dość popularne, teraz na szczęście już mniej.
Skąd biorą się prawdy, które dziś przekazujesz na kanale „Dobre wieści”?
– Z własnych doświadczeń. Gdy zaczynasz o czymś myśleć i żyjesz w pewnym świecie, powoli sobie przypominasz, kim naprawdę jesteś. I czujesz, że pewnych rzeczy nie należy robić, że jest inna droga. Zaczynasz to radzić innym, później czytasz książki z dziedziny parapsychologii w różnych językach, w końcu trafiasz na Buddę.
Czytałem np. o dźinistach, którzy nie jedzą nic odzwierzęcego, piją tylko wodę albo sok i wybierają jedynie te owoce, które same spadają z drzewa do ich stóp. Idąc, zamiatają ścieżkę, żeby nie rozdeptać żadnej formy życia. Z czasem zaczynasz widzieć, iż życie nie wszędzie wygląda tak, jak w Katowicach, że można żyć jeszcze inaczej. I czujesz z tym rezonans; np. przez pół roku jadłem tak, jak dźiniści, i po jakimś czasie zauważyłem, że wcale nie jestem głodny. Dostrzegałem też w sobie inne trudne programy, które udało mi się zdeprogramować. Dzisiaj mogę świadomie iść na piwo, napić się wódki, zapalić papierosa czy jointa. Jednak nie robię tego automatycznie, bo muszę, tylko świadomie. Mam wolność wyboru. Mogę robić na sobie eksperymenty, lecz nie manipuluję innymi ludźmi. W ten sposób powoli zaczynasz dostrzegać, czym jest wolność i przypominać sobie, kim jesteś.
Więc kim jesteś?
– Rzeczy pozytywne zawsze trafiały do mnie definitywnie. Czułem jedność z takim stanem świadomości. Natomiast definitywnie nie chciałem zrobić kariery w Armii Izraelskiej, w której służyłem w latach 1966–1969, choć miałem takie predyspozycje. Mogłem być sierżantem, później porucznikiem, kapitanem, majorem itd. Mógłbym zapisać się do partii, ale dla mnie słowo partia, które pamiętałem jeszcze z PRL‑u, było czymś złym. Zawsze mówiłem o pokoju.
W więzieniu przestałeś bać się śmierci?
– Tak. Przeżyłem dwa lata w ciemnej celi i tam zająłem się swoim wnętrzem. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będę istniał po śmierci. Tylko z ego szedł przekaz, że mnie nie złamią. Zawziąłem się, że dam radę i nie będę wył po nocach, jak więźniowie z sąsiednich cel. Nade mną znajdowały się osadzone kobiety, które krzyczały i płakały, żeby ich nie gnębić. Nie wolno im było się myć, dopóki nie zakablowały męża lub kogoś innego. A jak któraś w końcu podpisała taki dokument, mąż i tak szedł siedzieć, ona też, a dzieci zabierano do rodzin zastępczych, wychowywując na agentów.
Do dziś mówisz, że mogą nam zabrać tylko ciało. Skąd pewność?
– Cokolwiek powiem, jednych to zainteresuje, innych nie. Są ludzie, którzy wyszli z ciała, napisali o tym książkę i na wykładach opowiadają, gdzie byli. Te relacje również pozostają kwestią wiary. To nie jest istotne. Niektórzy w dzieciństwie wyszli z ciała, przestraszyli się tego, co zobaczyli lub nie mogli wrócić. I nie chcą w to wierzyć, bo się boją. Oni chcą żyć dalej w ciele i biegać do toalety…
W takim razie jak ci ludzie mogą pozbyć się strachu?
– Przez zrozumienie, że są rzeczy chwilowe i rzeczy wieczne. Życie w ogóle jest wieczne, więc ja jestem tym ogólnym życiem – chwilowym użytkownikiem tej formy cielesnej. Ponieważ tu się znalazłem, przyglądam się, czego świat potrzebuje i robię to, po co tu przyszedłem. Dążę do tego, żeby ludzie też zrozumieli, na czym polega życie i przestali się bać.
Po co więc żyjemy na Ziemi?
– Żeby poznawać siebie. Ziemia jest szkołą życia. I ja siebie poznałem w więzieniu, gdzie nie przestrzegano praw człowieka, w bardzo podbramkowych sytuacjach. Dzisiejszy więzień ma gorsze warunki do rozwoju duchowego, ponieważ ma prawo oglądać telewizję, wynająć adwokata, a nawet pójść do normalnej pracy.
Zarzucano ci nawet, że jesteś agentem Mosadu…
– Jedna pani napisała, iż wie, że nim jestem. Odpisałem: Skoro pani udało się mnie rozgryźć, zadzwonię do Tel Awiwu, że mogą zamknąć tę firmę, bo co to za wywiad (uśmiech). Znałem za to w Izraelu dziadka, który miał sklep z butami. Nosił dziwny kapelusz sprzed 100 lat i wyglądał, jakby żył z zapomóg. Raz na jakiś czas leciał samolotem po towar do Włoch i tak przeżył całe życie. Córce kupił mieszkanie, synowi samochód, żonę leczył u najlepszego profesora. A jak przyszedł jego czas, zostawił ciało. Porządkując po nim rzeczy, jego syn się połapał, że ten dziadek przez całe życie był agentem Mosadu i jednym z najwybitniejszych mózgów, który likwidował za granicą Żydów, którzy np. współpracowali z Gestapo albo uczestniczyli w handlu dziećmi.
Największy sukces w terapii?
– Pacjenci stają się moimi przyjaciółmi. Jeden z nich odmówił mojej pomocy, twierdząc, że żaden lekarz nie jest w stanie mu pomóc. Poszliśmy więc na kawę, gdzie przy okazji mogłem go poddać terapii. Inny z moich pacjentów umarł ze strachu przed przyjazdem własnych wnuków – trzech lekarzy z Nowego Jorku, którzy odgrażali się, że potrzebują dwóch pokoi dla dziadka w najlepszym szpitalu w Tel Awiwie. I on mówi do mnie: – Roman, widzimy się chyba po raz ostatni, ja tego nie przeżyję. – Zrobią to, co potrafią, a jak nie, to podziękujesz – odpowiedziałem. Mieli go oczyścić, czyli zmienić płyny ustrojowe, nastawić mózg, serce itd. Nie chciał tego przeżyć, więc przed przyjazdem wnucząt zostawił ciało i uciekł.
Łatwo jest uciec z ciała?
– To zależy, jakie rzeczy cię pociągają w świecie. Jeżeli wyjdziemy z ciała bezmyślnie, jesteśmy odpowiedzialni za to przed Stwórcą. Zdrowe ciało dostaliśmy i zdrowe ciało (przynajmniej jako tako) powinniśmy oddać. Ciało jest świątynią ducha – czyli nas.
Miałeś kontakt z istotami duchowymi?
– Nie miałem kontaktu na takiej zasadzie, że ktoś mi się zmaterializował, ale po wyjściu z więzienia w magiczny sposób zaczęły zjawiać się w moim życiu książki, których sam bym nie kupił. Na przykład idę do księgarni i potykam się o książkę Opowiadania buddyjskie. W pewnym momencie pojawiła się również Biblia, jednak ani Stary, ani Nowy Testament w ogóle do mnie nie przemawiały. Za to Chrystus owszem, poprzez wyznawanie zasady, że nawet jak mnie zabiją, nie dam się złamać i zdania nie zmienię.
Jak możemy oczyścić się sami, gdy źle się czujemy?
– Jeżeli widzimy, że coś było dla naszego organizmu nienaturalne (np. zastrzyk) i dociera do nas, że popełniliśmy błąd, dając sobie coś zasugerować, pierwszym krokiem jest wybaczenie sobie. Nikt nie jest nieomylny. Pomyliłem się, uwierzyłem, a teraz zrozumiałem, że zostałem oszukany, wybaczam sobie i proszę Boga-Stwórcę o wsparcie. Pobudzam w sobie świadomie przepływ zdrowia. Niech płynie przeze mnie energia uzdrawiająca od wewnątrz na zewnątrz, nie odwrotnie. Najpierw uzdrowię siebie, a później będę pomagać innym się uzdrowić.
Mamy w sobie wszystko: ja jestem Mikrokosmosem w Makrokosmosie (kosmos – po grecku porządek). Więc twórzmy go w sobie, porządkując nasze uczucia, myśli, słowa i uczynki. Wybaczajmy sobie błędy, nastawiajmy anteny do wewnątrz. Prośmy, żeby z głębi duszy do naszego ciała fizycznego i otaczającej je aury, czyli do pola, w którym żyjemy, płynęła tylko uzdrawiająca nas energia. Chińczycy nazywają ją chi, Hindusi praną, znały ją wszystkie starożytne cywilizacje. Możemy korzystać z niej w każdej sytuacji, w której coś nam wysiadło i widzimy, że popełniliśmy błąd.
Czy ta energia pomoże nam w każdej sytuacji?
– Zawsze, ale musimy ją o to poprosić. Jeżeli nie prosimy, to siły zła mówią: Chwileczkę, ale dlaczego ktoś się wtrąca w nasze układy? Jeżeli dana dusza prosi o wsparcie, siły dobra mogą się wtrącić, wtedy jest równowaga. Więc prosimy świadomie o pomoc, rozbudzając w sobie swobodny przepływ uzdrawiającej energii, ponieważ ja jestem zdrowiem i zdrowie płynie przeze mnie. To właśnie medycyna holopatyczna – czyli informacyjna.
Dlaczego więc tylu ludzi choruje w dzisiejszych czasach?
– Z powodu zbyt dużej dawki stresu. Jesteśmy nieustannie stresowani na planie duchowym, mentalnym, psychicznym oraz fizycznym. Żyjemy na radioaktywnej planecie. Jemy wszystko z zatrutej chemikaliami gleby, a nasze ciała reagują zdrowo na niezdrowe środowisko. Wmawiają nam, że jesteśmy chorzy, żebyśmy tak się czuli i szukali pomocy. Wtedy oni produkują dla nas tzw. lekarstwa. Tymczasem prawda jest inna. Poziom radioaktywności rośnie z minuty na minutę na planecie, ale nie ona ponosi winę, tylko ludzie, którzy ją zatruli. Na co dzień jemy pestycydy, herbicydy i inne toksyny. Nawet na głowę sypią nam metale ciężkie z samolotów, co widzimy na niebie w postaci smug chemicznych.
Książki Romana Nachta do nabycia w naszej Księgarni-Galerii NŚ
Kto za tym stoi?
– Ktoś, kto definitywnie nie służy życiu, tylko śmierci.
Po co w takim razie przyszliśmy na Ziemię?
– Każdy przyszedł wykonać pewne zadanie, które wziął na siebie. Niektórzy przybyli, by przekazać światło, czyli pomóc tym, którzy na to czekali, żeby mogli rozbudzić się duchowo. I to są te dusze, które chcą wracać z powrotem do źródła życia, serca Wszechświata, do pracentralnego słońca. Każdy z nas kiedyś tam wróci, bo jest jego promieniem. Inni natomiast zeszli tutaj po to, aby szkodzić innym i wysysać ich z energii – oni służą śmierci. Dlatego na Ziemi zawsze było niewolnictwo. Z tym, że życie jest świadome, a śmierć to iluzja. Choć sugerują nam, że mogą nas zabić, tak naprawdę jeszcze nikt nie umarł. Oni mogą zniszczyć nam tylko ciało, nasz naziemny kombinezon, nic więcej.
Nie uda im się przejąć naszej duszy po śmierci?
– Nie mogą przejąć duszy, z którą nie mają rezonansu. Siły ciemności anektują wyłącznie dusze tych, którzy kiedyś zezwolili im na dojście do siebie, np. zajmowali się czarną magią. Więc teraz te duchy do nich wracają i mówią: coś za coś. Tam nie ma bezinteresownej miłości, jest coś za coś, na zasadzie myśmy wam służyli, teraz wy będziecie służyć nam. Zainstalujemy was w Watykanie, Białym Domu, Berlinie, Londynie, otrzymacie władzę, ale będziecie służyć nam. Równe przychodzi do równego, podobne przyciąga podobne.
Dlaczego więc atakują również tych ludzi, którzy służą dobru?
– Mają dostęp do kogo chcą, ale my możemy im na to pozwolić lub nie. Nikt nie jest w stanie nas nękać wbrew naszej woli. Osoba nękana w którymś momencie zgodziła się na to. Może być też tak, że przyszliśmy na Ziemię, aby ich przetestować, zobaczyć na ile ich stać. I nawet jak świat się wali, nasz nigdy.
Jak wyjść z Matrixa?
– Naszym zadaniem jest tworzyć świadomie błąd w Matrixie od wewnątrz. Tak jak Watykan stworzył swoje państwo w Kosmosie, tak my tworzymy teraz swoje państwo w państwie, żyjąc własnym życiem. Kiedy Matrix zobaczy, że ma w sobie tyle błędów, w końcu pęknie. Jeżeli ktoś wierzy, że musi pracować na określonym stanowisku, bo ma na utrzymaniu żonę, kochankę i trójkę dzieci, jest to autosugestia. On może pracować w ten sposób, lecz nie musi. Jeżeli 2000 lat temu człowiek dla dobra wszystkich mógł zostawić na wieszaku swoje ciało i powiedzieć: Jeszcze większych czynów niż ja dokonacie, to my też możemy kreować własną rzeczywistość. Nasz świat będzie wyglądał tak, jak go stworzymy od wewnątrz. Każdy wniósł w sobie do tego świata obraz przyszłości i każdy, nie zakładając żadnej sekty ani partii, zacznie żyć tak, jak sam to wykreował. Żyją w ten sposób już setki milionów ludzi, które wyszły z Matrixa.
Jak postrzegasz „życie uliczne” z perspektywy obserwatora?
– Widzę dusze w przebraniach, globalny bal maskowy. Idą ludzie w każdym wieku – starsi, młodsi, dzieci. Jeżeli przesuwają się obok ciebie, ulegasz złudzeniu, że idziecie razem w tym samym kierunku, tyle że na rogu okazuje się, iż każdy skręca w swoją stronę. A teraz idą ludzie z naprzeciwka, którzy już skądś wracają. Po ich twarzach widzisz, czy są szczęśliwi, czy nie. W ten sposób nas ostrzegają: Nie idźcie tam, skąd my wracamy. Idą dzieci – dusze, które niedawno zeszły na Ziemię z jakimś zadaniem. Wybrały sobie pewne rodziny po to, żeby coś przeżyć, rozejrzeć się, czego tu ludzie potrzebują – i one już będą żyły inaczej niż ich rodzice.

Niektóre ugrzęzną, wtedy będziemy im pomagać z zewnątrz. I to jest właśnie wyższa szkoła życia, którą na Ziemi założył Chrystus. Uczymy się tutaj umierać, żeby żyć właściwie, bo umieranie polega na zmienianiu stanu świadomości, modelu myślenia. Nie zmieniamy siebie, tylko nasze nastawienie do tego świata. Zamiast robić z niego naszymi myślami padół łez, możemy na to patrzeć w ten sposób, że jesteśmy w szkole. Tutaj dostaniemy świadectwo dojrzałości i staniemy się z powrotem świadomymi, cudnymi istotami kosmicznymi – dziećmi Stwórcy a razem z Nim będziemy tworzyć nowe Wszechświaty.
Chciałbyś wrócić na Ziemię w następnym wcieleniu?
– To zależy, czy osiągnę pułap świadomości, który nazywa się miłosierdziem. Jeżeli po tej inkarnacji odczuję, że na Ziemi jest jeszcze trochę maruderów, którzy chcieliby, żebym do nich zszedł i zostawił jeszcze jeden, dwa, trzy impulsy, czy to w postaci książki, filmu, wykładu czy wspólnego życia, to wtedy do nich zejdę. Z miłosierdzia, ale już na pewno nie z ciekawości, żeby dopić piwo, którego w tym wcieleniu już dość wypiłem. I dostałem od życia po tyłku tak, że mój tyłek nie jest już nawet spuchnięty. W tym świecie nie mam już czego szukać, bo wszystko znalazłem w sobie. Nie jestem też uzależniony od zbawiania innych. Oni już są zbawieni, tylko nie chcą użyć zbawienia dla siebie. Mogę więc zostać u Pana Boga za piecem, zakładając, że Bóg ma w domu piecyk.
Co mógłbyś tam robić na dłuższą metę?
– Na pewno w Kosmosie są jeszcze pewne niespodzianki, o których nie wiemy. Ludzie myślą, że jak przeczytali Biblię, byli w Indiach i robią teraz tantra jogę, to wystarczy. Nie wystarczy, bo później taka dusza wychodzi z ciała i widzi, że jednak czegoś jej brakuje. W zależności od tego, czym jest obciążona, tam wraca. Stąd biorą się dusze przywiązane do Ziemi, do materii, a nawet takie, które gwałcą żyjących ludzi, to coraz częstsze zjawisko. Po wyjściu z ciała mogły nie zorientować się, że umarły. Nie były przygotowane na takie przeżycia, więc starają się wejść z powrotem do własnego ciała. Jeżeli to się nie uda, biegną do najbliższego miejsca, gdzie mogą się podpiąć. Często dzieje się to w szpitalach. Zbłąkane dusze idą do inkubatorów i tam się podpinają do bezbronnych noworodków. Później ich rodzice dziwią się, skąd wziął się w rodzinie taki odmieniec.
Czy nasze ziemskie rodziny należą również do naszych rodzin w Kosmosie?
– Nie zawsze. Zanim się tutaj wcielimy, tam mamy nauczycieli i własne rodziny, które należą do określonych pól promieniowania. Tu na Ziemi każdy z nas niesie w sobie częstotliwość, z której przybył. Ziemskich rodziców często wybieramy dlatego, że już kiedyś na Ziemi byliśmy rodziną, tylko karty były inaczej rozrzucone (łączyły nas inne relacje). I znów przechodzimy z nimi psychoterapeutyczne warsztaty, w zależności od tego, co razem ćwiczymy, czego się uczymy. Za to nasi bliscy, którzy nie chcieli wracać na Ziemię, towarzyszą nam telepatycznie. Jesteśmy dla nich w stanie medytacji, dlatego my ich nie widzimy, a oni nas tak i zgodnie z wcześniejszą umową pozwalają nam przeżyć pewne rzeczy, które wzmocnią duszę. Na Ziemię nie schodzą też jednocześnie tzw. twin flames – bliźniacze płomienie, bo są ze sobą tak zjednoczone, że zapewne nie zechciałyby wyjść z łóżka i nic konkretnego dla reszty by nie zrobiły.
Jak się czuje ten oddzielony bliźniak w Kosmosie?
– Jest mu bardzo przyjemnie, gdy widzi, że ten drugi się rozwija i ma do dyspozycji to, czego w danej chwili potrzebuje. Nie czuje zazdrości o drugą połówkę, bo zazdrość nie jest boskim stanem. Dusze łączy miłość bezwarunkowa. Słońce świeci tak samo dla wszystkich, tlen służy każdemu. Jak pojawiają się warunki, to już jest ziemskie małżeństwo.
A co się dzieje z ziemskimi małżeństwami po śmierci?
– W niebiańskim stanie świadomości nie ma pomysłu na małżeństwo, na obrączkowanie się. Wiemy, że jesteśmy nieśmiertelni, służymy życiu, bo jesteśmy nosicielami życia. Wieczorem zlatują się ptaki z różnych stron i siadają na gałęziach tego samego drzewa. Jednak o poranku każdy ptaszek leci w swoim kierunku. Czy razem, czy osobno, my temu życiu służymy. Jeżeli na Ziemi małżeństwo żyło w jedności, nie może nie spotkać się po drugiej stronie. Natomiast nie spotkają się wtedy, kiedy oboje czują, że czegoś się od siebie nauczyli i już więcej nie potrzebują się wspólnie rozwijać, bo doszli do poziomu, z którego – jak z trampoliny – mogą odbić się wyżej. Wtedy przyjdą do nich te cywilizacje, które będą ich potrzebować jako nauczycieli dla tych, którzy np. chcą zejść na Ziemię po raz pierwszy.
Jaka jest przyszłość tego świata?
– Siły ciemności, widząc, że coraz więcej ludzi przestaje się ich bać i wypowiada im posłuszeństwo – staną się agresywne, bo wymknęły się im cugle z rąk. A my nadal mamy żyć swoim życiem i realizować to, co w sercu czujemy, co myślimy, zgodnie z kosmicznym prawem uniwersalnym. Im więcej świadomości Chrystusowej, tym lepiej. Nie mówię o jakiejkolwiek religii, bo ludzie, którzy założyli różne instytucje wyznaniowe, ukradli tożsamość Chrystusa.
Dla mnie Chrystus to stan świadomości, tak jak Bóg Ojciec. Dzieci indygo oraz kryształowe właśnie w ten sposób to rozumieją i schodzą na Ziemię jako wsparcie. To również ludzie, którzy teraz się budzą, wychodzą z kościołów, z różnych religii i układów hipnotycznych. Świat się zmienia na lepsze. Wprawdzie tego nie widać, bo bombardują nas środki masowego otępiania, które wmawiają nam, że jest coraz gorzej przez wojny czy pandemię. Tymczasem to znowu są sugestie.
Tego rodzaju zjawiska mogą występować w świecie zewnętrznym, ale wewnątrz nas istnieje coś innego. Jesteśmy nosicielami nieba, które też jest stanem świadomości. Wyciąg z praw Kosmosu zawarty jest w Dekalogu. Polecam również lekturę książki doktora Manfreda Doeppa, pt. Medycyna według Kazania na Górze. Dlatego, że prawa kosmiczne działają też w medycynie. Żyjąc zgodnie z nimi ludzie zdrowieją, a nie umierają w szpitalach na jatrogenne (z winy lekarza) choroby. Szpital to nie jest miejsce dla nas. I tak właśnie radzę każdemu żyć.
Czym teraz się zajmujesz?
– Piszę książki, właśnie zaczynam nową. Wcześniej wydałem moją psychografię w książkach Podwójna spirala i Izrael. Co tu będzie jutro – poszerzoną o wątki rozwoju duchowego i psychicznego. Trzecia pozycja, My już wszystko wiemy. Każde marzenie się spełnia, jest o pobycie w NRD. Przetłumaczyłem również z niemieckiego Medycynę według Kazania na Górze, o której wspominałem – pracę napisaną przez lekarza, twórcę pierwszej cyfrowej kliniki w Szwajcarii. Niedługo się z nim spotkam. A tom Czy ktoś z państwa zechce ze mną porozmawiać? zawiera impulsy dla ludzi, którzy myślą (lub chcą myśleć) samodzielnie i niekonwencjonalnie.
Zdjęcia pochodzą z facebookowego profilu Romana Nachta.







