Kiedy skupiam się na przyszłości, zawsze mam świadomość jednej zasadniczej trudności – przyszłość nie objawia się jak gotowy film, który można po prostu odtworzyć od początku do końca. To raczej zbiór impulsów, przeczuć, symboli, czasem krótkich scen, które trzeba zrozumieć, choć ich sens bywa niepełny aż do chwili, gdy rzeczywistość sama zaczyna dopowiadać owe sensy
I właśnie dlatego największy mój niepokój budzą nie tyle obrazy gwałtowne, ile te pojawiające się spokojnie. Bo historia uczy, że rzeczy naprawdę wielkie często zaczynają się nie od huku, lecz od sygnałów, które większość ludzi uznaje za lokalne, przejściowe albo odległe.
Już w 2024 r.„ podczas jednego ze swoich skupień, powiedziałem rzecz, mogącą wówczas zabrzmieć jak przesada: przełom lutego i marca 2026 r. przyniesie początek konfliktu o znacznie większym znaczeniu, niż początkowo będzie się wydawało. Padło wtedy słowo Iran. Dziś wracam do tamtego momentu z poczuciem ciężaru, ponieważ pewne wydarzenia zaczęły układać się w ciąg, którego nie sposób lekceważyć.
Ludzie często wyobrażają sobie trzecią wojnę światową przez pryzmat obrazów z przeszłości – wielkie armie, jasne linie frontu, oczywisty podział stron. Ale współczesność nie musi wyglądać jak rok 1939. Wojna światowa może zacząć się inaczej: przez destabilizację regionów, przez konflikty zastępcze, przez ekonomię, przez informację. Słowo światowa nie musi oznaczać jednego wybuchu wszędzie naraz. Czasem to proces, w którym kolejne punkty globu zaczynają reagować jak elementy jednej, coraz bardziej obciążonej konstrukcji.
Od dawna miałem poczucie, że dopóki konflikt na Ukrainie pozostaje konfrontacją o lokalnym charakterze, świat trwa w stanie napięcia, ale jest ono ograniczone. Niepokoiła mnie natomiast wizja drugiego zapalnego punktu na Bliskim Wschodzie. Dlaczego? Ponieważ dwa duże ogniska wojenne tworzą przestrzeń, w której wystarczy jeden błąd, jedno przeszacowanie, jeden odwet za daleko posunięty i…
Dziś odnoszę wrażenie, że właśnie weszliśmy w epokę takiego ryzyka.
Najbardziej mylące bywa to, iż pomimo nieodwracalnych procesów, świat często sprawia wrażenie względnie stabilnego. Ludzie chodzą do pracy, media zajmują się codziennością, politycy uspokajają. Ale pod powierzchnią może już działać mechanizm, który dopiero za jakiś czas stanie się widoczny dla wszystkich. Tak właśnie odbieram drugą połowę tego roku – jako czas narastającego zrozumienia, że nie chodzi już o oddzielne wojny, lecz o znacznie głębsze przemeblowanie światowego układu sił.
Jednak konflikt militarny to tylko część obrazu.
Równie silnie od dawna powraca do mnie poczucie nadchodzącego kryzysu gospodarczego, szczególnie dotkliwego dla krajów zachodnich. Tu nie chodzi o chwilowe załamanie, ale proces mogący trwać latami. W moich odczuciach pojawia się wręcz charakterystyczna scena: politycy będą mówili społeczeństwom, iż wiele utraciły oraz że poziom życia znacząco spadł, ale potrzeba dużo cierpliwości, by wszystko odbudować.
To ważne, bo wojna współczesna nie zawsze polega na bezpośrednim starciu armii. Coraz częściej może oznaczać uderzenie w gospodarkę przeciwnika, w jego produkcję, w rynki zbytu, w poczucie bezpieczeństwa obywateli. Jeśli świat zostanie wepchnięty w długotrwałe zubożenie, będzie to nie tylko kryzys ekonomiczny, ale również narzędzie geopolityczne.
Myślę czasem, że żyjemy w epoce, w której broń bywa mniej widoczna niż dawniej. Dziś może nią być inflacja, zerwane łańcuchy dostaw, panika finansowa albo informacja.
I właśnie informacja wydaje mi się jednym z najpotężniejszych frontów współczesności.
Nigdy wcześniej ludzkość nie funkcjonowała w rzeczywistości tak przesyconej przekazem. Informacja dociera natychmiast, z wielu stron jednocześnie, przez co samo jej powielenie staje się dla odbiorcy dowodem prawdy. A przecież liczba źródeł nie zawsze oznacza wiarygodność. W świecie informacji nie chodzi już wyłącznie o to, co jest prawdą, ale co zostanie uznane za prawdę wystarczająco szybko i wystarczająco masowo.
To tworzy nowy rodzaj wojny – wojnę o percepcję.
Dlatego kiedy mówię o przyszłości, nie robię tego po to, by straszyć, ale by zwrócić uwagę, że największe procesy dziejowe często rozgrywają się najpierw w sferze sygnałów. Przyszłość rzadko wpada do naszego życia z impetem. Znacznie częściej przychodzi etapami – najpierw jako możliwość, potem jako napięcie, a dopiero na końcu jako fakt.
Być może właśnie w tym tkwi najważniejsza lekcja: nie czekać wyłącznie na wielki wybuch historii, ale nauczyć się rozpoznawać moment, w którym zaczyna ona zmieniać kierunek. Bo kiedy większość ludzi zauważy zmianę, to często okazuje się, że ów proces trwa już od dawna.





