O germańskich mitach, nazistowskim okultyzmie, źródłach przemocy, naturze Niemców, historii (lubiącej się powtarzać) oraz o współczesnym świecie stojącym na rozdrożu – z Pawłem Siedlarem, autorem cyklu artykułów Okultyzm nazistowski – Droga krwi i zagłady, rozmawia Marek Żelkowski
Pańska twórczość często dotyka obszarów, w których historia splata się z mrokiem ludzkiej natury, pamięcią, legendą i pytaniami o źródła zła. Dość wspomnieć powieść „Sny z krzemienia i krwi”. Skąd wziął się pomysł na cykl tekstów opisujących źródła germańskiej natury oraz nazistowskiego okultyzmu?
– To pytanie jest podchwytliwe, gdyż to Pan jest pomysłodawcą cyklu, nie da się ukryć. Zasugerował Pan bowiem, by z powieści Diese Sache… wykroić to i owo o okultyzmie nazistowskim, co w miarę swych możliwości uczyniłem. Zaś moje zainteresowanie akurat tym tematem jest poniekąd pochodną pytania o to, dlaczego Niemcy są, jacy są.
Wpływ na to miało wychowanie, opowieści rodzinne oraz nienawiść – autentyczna – mojej Matki do Niemców, połączona z podziwem i obawą. Te uczucia są też moim udziałem. Jeżeli oficer niemiecki w trakcie rozmowy z moją Babcią wyciąga Walthera i strzela do człowieka, nie przerywając wymiany uprzejmości z damą, to podejrzenie o jego schizofrenię wydaje mi się uzasadnione.
Bo, widzi Pan… ja potrafiłbym zabić człowieka w określonych warunkach i okolicznościach – w obronie rodziny, ojczyzny, a gdybym musiał, to również w obronie własnej. Tak sądzę. Ale towarzyszyłyby temu określone uczucia czy choćby chemia – wyrzut adrenaliny. A rzeczony oficer, kierujący uliczną łapanką, zagadnięty przez Babcię doskonałym niemieckim dialektem wiedeńskim: Czy zechce mi pan wskazać, gdzie jest wyjście, pokazał je uprzejmie i z ukłonem, a następnie zastrzelił Żyda, który korzystając z jego nieuwagi, usiłował dać nogę. Tak było. Zaś pomysł na powieść Diese Sache… poddał mi mój starszy syn Michał przed trzydziestoma laty. Miał wtedy 12 lat i zaczynał interesować się historią, nazizmem. On też zasugerował, bym połączył przygody pewnego oficera niemieckiego z legendą o góralskim cudotwórcy sprzed 250 lat, niejakim Kikli, którego dzieje są dla Górali Podhalańskich wciąż żywe. Wtedy pisałem krótkie opowiadania, raczej okrutne, m.in. dla Fenixa, i nie byłem w stanie napisać sensownej powieści. Po pomysł Michała sięgnąłem 25 lat później, gdy przestałem uważać go za karkołomny.
Powieść Diese Sache… – Posłaniec Bogów ukaże się niedługo nakładem wydawnictwa Bibliotekarium. Jest w niej sporo o nazizmie, o okultyzmie i o wielu innych sprawach. Ta powieść jest miejscami niesamowicie okrutna, bo na to, czego dopuszczali się Niemcy w czasie II wojny światowej, właściwie nie znajduję adekwatnego określenia. Bo zwykłe okrucieństwo, okrucieństwem – trudno, czasem nie da się inaczej – ale okrucieństwo niepotrzebne, okrucieństwo jako forma zabawy, zgoła rozrywki… bo i o takim piszę w Diese Sache… to jest zjawisko zupełnie innego rodzaju.
Pański cykl o nazistowskim okultyzmie wyraźnie przekracza granice jednego gatunku – pojawiają się w nim elementy beletrystyki, historii, spekulacji, a chwilami także obszary trudne do jednoznacznego zdefiniowania. Jak określiłby Pan charakter tego projektu: bardziej jako literaturę, esej historyczny, publicystykę, czy może szczególną formę narracji, w której fakty i wyobraźnia wzajemnie się przenikają?
– Starałem się, by cykl o nazistowskim okultyzmie był zarówno w miarę sprawną beletrystyką, esejem historycznym z elementami spekulacji, oraz – powiedzmy to sobie wprost – pewnej konfabulacji. A może ja po prostu… podłączałem się pod infosferę. Kiedyś pisarz Jarek Grzędowicz wyraził przypuszczenie, że być może mam taką zdolność. Ha… być może tak. Byłby to więc rodzaj natchnienia?
Dalsza treść jest płatna
Czytaj bez ograniczeń
Odblokuj treści(najczęściej zadawane pytania). Jeśli dokonałeś już doładowania, kliknij w przycisk „Wykup dostęp” i potwierdź odblokowanie artykułu.





