W NŚ 11/2025 Pani Redaktor Naczelna zapytała na łamach, czy ziołolecznictwo przetrwa? Na podstawie własnych doświadczeń, zarówno w charakterze pacjenta, jak i osoby przez lata zawodowo związanej z apteką otwartą, jestem przekonana, iż z całą pewnością ono przetrwa, jednak zawód fitoterapeuty już niekoniecznie. I nie chodzi tu o wymóg wyższego wykształcenia. Po prostu w tego typu sytuacjach najczęściej jest tak, że z czasem ktoś uznaje, że na rynku jest zbyt wiele osób parających się daną profesją, więc należy wstrzymać przyjmowanie nowych kandydatów na uczelnie. Praktykujący będą zmuszeni wycofać się z branży oraz zmienić zawód z powodu utrudniających im życie przepisów i procedur.
W naszym kraju nigdy nie dojdzie do współpracy kompleksowej: lekarz + zielarz + bioterapeuta + homeopata + farmaceuta (w sumie należałoby dodać jeszcze radiestetę, który wyeliminowałby szkodliwe promieniowanie w otoczeniu pacjenta). Niestety twardogłowi prześmiewcy uważają, że alternatywne metody leczenia to wymyślone banialuki rodem ze średniowiecza i w XXI w. coś takiego w ogóle nie powinno istnieć. Tymczasem ludzie od najdawniejszych czasów korzystali z ziołolecznictwa i nie tak prędko z niego zrezygnują. Zamiast walczyć z naturoterapią, należałoby umożliwić pacjentom szkolenia na temat łączenia ziół czy produktów spożywczych z lekami, jakie zleci im lekarz. Samo ziołolecznictwo, zastosowane fachowo, jest bezpieczne, jednak łączone z lekami syntetycznymi wymaga uświadomienia choremu, że niektóre preparaty, nawet najlepsze, zażywane z konkretnymi innymi powodują niepożądane skutki, jak np. intensyfikację lub obniżenie skuteczności – nie można ich zażywać jednocześnie.
Ograniczenie dostępu do ziół i ziołolecznictwa,
blokowanie terapii wspomagających leczenie konwencjonalne (masaże, akupunktura, akupresura, bioenergoterapia, homeopatia, biorezonans), nie doprowadzą do oczekiwanego przez sceptyków upadku naturalnych metod. Przez wymyślanie nowych przepisów i utrudnienia w kształceniu naturoterapeutów powrócimy do czasów, kiedy to osoby parające się zielarstwem praktykowały swoją działalność w ukryciu. Pamiętam, jak w latach 70. ub.w. moja matka borykała się z pewnymi problemami zdrowotnymi, lecz lekarz pierwszego kontaktu nie pomógł. Ktoś ze znajomych podał rodzicom adres pewnej kobiety, która na podstawie moczu pacjenta była w stanie określić przyczynę dolegliwości. Matka skorzystała z jej usług. Po jej zdiagnozowaniu, zielarka na odchodne wręczyła jej mieszankę ziół do codziennego sporządzania i picia. Dolegliwości zniknęły, jak ręką odjął. W tamtym czasie tego typu działalność była zakazana, więc oficjalnie takie praktyki nie istniały. Wiele osób powie, że to była szarlataneria, która z czasem dostała skrzydeł, więc nadszedł czas, by je przyciąć. Zapewne gros osób zajmujących się leczeniem niekonwencjonalnym przyczyniło się do takiej decyzji.
Sama w przeszłości zetknęłam się z osobą, która rozpoczęła kurs terapii niekonwencjonalnej. Po czym przerwała go, gdyż załapała się na inny krótszy, kilkudniowy, zakończony wydaniem certyfikatu. Tak naprawdę o przeprowadzaniu diagnozy i leczeniu nie miała pojęcia, ale dyplom na ścianie wisiał i biznes zaczął się kręcić. Takie osoby psują opinię całemu środowisku.
Powracając do tematu ziołolecznictwa… Jak sama Pani Redaktor podkreśla, jest to metoda leczenia, która służy człowiekowi praktycznie od zarania dziejów. Współczesna farmacja ma swoje korzenie nie w czym innym, jak w ziołach. W przeszłości zielarstwem zajmowały się nie tylko lokalne znachorki, ale też w dużej mierze zakonnicy. Znane są poradniki i mieszanki ziołowe Ojców Bonifratrów, słynnym zielarzem był franciszkanin o. Czesław Andrzej Klimuszko, którego książki: Wróćmy do ziół, Ziołolecznictwo, Moje widzenie świata. Parapsychologia w życiu, Szukajmy szczęścia w przyrodzie, po dziś dzień służą jako poradniki nie tylko w dziedzinie zielarstwa. Ziołolecznictwem zajmowała się benedyktynka św. Hildegarda z Bingen. Choć ta mistyczka żyła w XI w., jej receptury oraz zalecenia są wciąż aktualne i znane na całym świecie. Opracowała ona również zdrową dietę na podstawie dostępnych ziół i przypraw. Zalecała posty oczyszczające organizm, a także zażywanie na przemian ruchu i odpoczynku oraz przestrzeganie higieny snu. Hildegarda podchodziła bowiem do zdrowia człowieka holistycznie. Innym znakomitym zielarzem zakonnikiem był franciszkanin o. Grzegorz Sroka, do którego swego czasu do Rychwałdu przyjeżdżały tłumy potrzebujących. Z czasem uruchomił on produkcję preparatów zielarskich z serii Bonimed. Bonimed to Laboratorium Medycyny Naturalnej, oficjalnie zarejestrowane w 1991 r. Wcześniej przez wiele lat o. Grzegorz osobiście zajmował się sporządzaniem mieszanek ziołowych, a jego trafne diagnozy i zalecone preparaty ziołowe pomogły wielu chorym. Zakonnik wydał również poradnik.
Praktyki zielarskie stosowane i wykorzystywane w celu poratowania zdrowia i samopoczucia stosowane były od wieków.
Takie były początki lecznictwa i farmacji
Skąd pochodzi słowo farmacja? Na podstawie dostępnych źródeł dowiadujemy się, iż pochodzi od egipskiego terminu ph-ar-maki, który oznaczał: kto zapewnia bezpieczeństwo. Z kolei phármakon w języku starogreckim to magiczny środek, lek lub trucizna. Początkowo odnosił się do magicznych napojów czy zaklęć. Z czasem nabrał znaczenia leku. Inny grecki termin pharmakeía oznacza trucicielstwo lub czary. Z biegiem lat pharmakeíę przekształcono w sztukę aptekarską. Dziś pod pojęciem farmacja kryje się nauka zajmująca się składem oraz produkcją leków i suplementów diety, ich działaniem i zastosowaniem. Początkowo zajmowała się ona sporządzaniem preparatów, wykorzystując dostępne naturalne środki, pozyskiwane głównie z roślin; jakoś trzeba było radzić sobie z różnymi dolegliwościami. Przygotowywano również różnego rodzaju mikstury, eliksiry, olejki, by zapobiec procesowi starzenia. Obecnie farmacja działa na tej samej zasadzie, dysponując o wiele większym zasobem środków biologicznych i syntetycznych. Jak organizm ludzki radzi sobie z tymi ostatnimi? Ano należałoby zapoznać się z poszczególnymi ulotkami medykamentów, a zwłaszcza wypisanymi objawami niepożądanymi, jakie producent wymienia.
I tu dobrze byłoby się zastanowić, czy współczesna farmacja jest bliższa terminowi egipskiemu czy greckiemu? Ludzie mają dostęp do wielu leków, które dawniej były pod nadzorem lekarza, wydawane tylko na receptę. Dziś można kupić je bez niej, pod różnymi nazwami (z różnych firm). Pacjenci dosłownie pożerają je na potęgę, nierzadko wielokrotnie przekraczając dopuszczalne dawki! Co dziwne, lek na receptę często jest traktowany z dystansem, czyta się ulotkę i konsultuje z innym specjalistą itd., zaś preparaty nie wymagające recepty uważa się za bezpieczne, więc nie sprawdza się ich pod żadnym względem. Zwłaszcza gdy są szeroko reklamowane w mediach. Taka już jest mentalność ludzi. ☹️
Janina Lampert-Smak




