
O malarstwie kropkowym, energii obrazów, kosmicznych wizjach, duchowej mapie świata oraz tajemnicach ludzkiej wyobraźni, z artystą malarzem Maciejem Jelińskim rozmawia Marek Żelkowski
Pańskie obrazy powstają w technice kropkowej. To autorska metoda, a zarazem nawiązanie do malarstwa Aborygenów australijskich. Co najbardziej fascynuje Pana w tej tradycji i jak doszło do jej odkrycia?
– Kiedy przystępuję do malowania, potrzebuję pełnej ciszy i samotności. Wtedy pracownia zamienia się w moją rakietę kosmiczną, a ja odlatuję w inny wymiar. W takim stanie wszystko, światło, powietrze, cisza, napełnia mnie energią. Czasem obok siada kot, mój mały energetyczny towarzysz.
Dlaczego kropki? Bo są najprostsze i najpełniejsze. Mogłem malować trójkątami czy kwadratami, ale nic nie dorównuje sile kropki i koła. Cały kosmos jest zbudowany z punktów – planety, gwiazdy, atomy. Na naszej planecie trudno o bardziej doskonały kształt.
Nie zaczynałem od kropek. To przyszło stopniowo. Kiedyś malowałem zupełnie inaczej. Punktem zwrotnym był obraz ruin zamku Sędziwoja Pałuki w Szubinie. Pracowałem realistycznie, detal po detalu. Zostawiłem obraz do wyschnięcia, wyszedłem, a w pokoju zostały moje koty. Gdy wróciłem, zobaczyłem ślady ich łap na mokrej farbie. Najpierw byłem zły, ale po chwili zauważyłem, że te ślady nie psują obrazu – wprowadzają ruch i rytm, jakby jakąś przypadkową harmonię.
Włączyłem te plamy do kompozycji i obraz stał się żywszy. Zrozumiałem, że może tak właśnie miało być. Że w tym wypadku była jakaś logika. Że te niepozorne ślady są nośnikami energii. Dopiero lata później zobaczyłem, że to była zapowiedź mojego nowego stylu. Od tych kocich śladów zaczęła się moja droga do kropki – od chaosu, który okazał się początkiem porządku. Przypadków nie ma.

A kiedy połączył Pan swoją kocią historię z odkryciem, że podobne malarstwo istnieje na drugim końcu świata — w tradycji Aborygenów australijskich?
– W Szubinie działa od lat grupa plastyczna Plamas, z którą jestem związany, byłem nawet jej prezesem. Mój znajomy, Andrzej Janczewski, wyemigrował w stanie wojennym do Australii, a inny kolega aktywny w grupie Plamas, Grzegorz Pleszyński, utrzymywał z nim kontakt. Po latach Andrzej przyjechał z Sydney z wizytą i przywiózł ze sobą kilka obrazów aborygeńskich.
Pamiętam, że podczas spotkania Andrzej rozwinął te płótna, a ja po prostu zamarłem. Zobaczyłem kropki, rytmy, układy barw – coś bardzo podobnego do tego, co sam już wcześniej robiłem. Ktoś z obecnych powiedział wtedy: Zobaczcie, to przecież wygląda jak obrazy Jelińskiego! I tak faktycznie było. Miałem wrażenie, że ktoś inny przemawia moim językiem. A biorąc pod uwagę tradycję, to ja nieświadomie przemawiałem językiem Aborygenów.





