Kaszubi, Kociewiacy i mieszkańcy Żuław nazywali ich farmazonami, fremerami lub sobowtórami. Jeszcze w okresie międzywojennym wśród prostych ludzi na Pomorzu panowało przekonanie, że mason to czciciel diabła obdarzony rozlicznymi magicznymi mocami
Farmazon z Birkenfelde
Potężnym masonem z Birkenfelde (dzisiaj Grzymała) pod Malborkiem straszono dzieci na Powiślu i Żuławach od początków XX w. W historii tego regionu zapisał się on jako człowiek wyjątkowo zły i okrutny. Mimo iż pochodził z licznej rodziny z Mleczewa pod Sztumem, wszyscy krewni odsunęli się od niego i nie utrzymywali z nim żadnych kontaktów. Opowiadano o nim różne historie jako o potężnym masonie i złym czarowniku, dysponującym zdolnościami parapsychicznymi. Należał prawdopodobnie do loży w Malborku lub w Kwidzynie.
Nazywał się Artur Radtke i pozostał starym kawalerem. Był niski, gruby i bardzo wybuchowy, a nawet agresywny wobec ludzi. Miał jakieś zaburzenia psychiczne, czego powodem mogła być poważna rana głowy, jakiej dorobił się, służąc na froncie I wojny światowej. W holu pałacu zawiesił swój hełm. Z tyłu tego hełmu była dziura – ślad po kuli, która weszła w jego głowę. Podobno miał w czaszce wmontowaną jakąś metalową płytkę.
Dziedzic z Birkenfelde nie był żadnym niemieckim junkrem, ale zwykłym wzbogaconym chłopem, którego z pewnością nie pociągała w masonerii wyrafinowana filozofia oświeceniowa. Lożę masońską traktował raczej jako swego rodzaju klub towarzyski pozwalający poznać właściwych ludzi i załatwić różne korzystne interesy niezbędne do prowadzenia dużego gospodarstwa rolnego. Swoją posiadłość kupił w 1910 r. Potem stopniowo dokupował kolejne grunty rolne. Jego włości obejmowały Birkenfelde oraz folwark Niederung (obecnie Szropy-Niziny) w okolicy lotniska w Królewie Malborskim. W czasie II wojny światowej miał już ponad 250 ha gruntów rolnych i łąk oraz dwupiętrową kamienicę w Malborku. Pracowało u niego wówczas ok. 100 robotników przymusowych z Polski, Rosji i Ukrainy, a także wielu jeńców wojennych ze Stalagu XXB w Malborku.

Sąsiedzi z pobliskiej Dąbrówki Malborskiej opowiadali o nim, że zaprzedał duszę diabłu, który pomaga mu się bogacić. No bo skąd by miał pieniądze na nieustanne dokupowanie ziemi i powiększanie swojego gospodarstwa? Podobno miał sobowtóra, czyli inaczej mówiąc posiadał zdolność przebywania równocześnie w różnych miejscach. Nieraz wydawało się, że pojechał do miasta, a w tym samym czasie pojawiał się nieoczekiwanie w swoim obejściu, tak jakby cały czas pilnował dobytku. Miał oko na leniwych robotników i złodziei. Do miasta jeździł powozem zaprzężonym w czarne rasowe konie, które biegnąc, krzesały iskry spod kopyt, a z pysków buchał im ogień. Ponoć w jego pałacu był specjalny pokój, w którym oddawał się tajemniczym magicznym rytuałom. Miało to być ukryte w głębi pomieszczenie bez okien, całe pomalowane na czarno, gdzie jakoby znajdował się ołtarz, przy którym odbywały się wolnomularskie praktyki. Wchodził tam tylko właściciel pałacu lub jego koledzy z loży masońskiej.
Mason z Birkenfelde źle skończył. Nie uratowało go ani bogactwo, ani też domniemane konszachty z siłami nieczystymi. W styczniu 1945 r. próbował uciec na Zachód przed Armią Czerwoną, jednak mu się to nie udało. Tuż po wyruszeniu z domu, został zastrzelony przez czerwonoarmistów, którzy nadeszli od strony Sztumu. Polscy robotnicy przymusowi byli tego świadkami i uznali śmierć złego człowieka za akt sprawiedliwości dziejowej. W okolicy długo jeszcze krążyły opowieści o ukrytych przez niego skarbach. Dlatego też w latach powojennych nowi mieszkańcy pałacu intensywnie szukali jego majątku: kopali dziury w ogródku i w piwnicy, ryli otwory w ścianach budynku i zabudowań gospodarczych.





