Na poboczu czaiło się coś, co zdawało się nie pochodzić z tego świata. Remigiusz Kolasa do dziś nie potrafi zinterpretować tego, z czym zetknął się pewnej styczniowej nocy. Jedno wie (niemal) na pewno: to nie mieściło się w znanym porządku świata
To miała być zwykła zimowa przejażdżka. Mała przysługa dla przyjaciela, a potem wieczorny powrót tą samą drogą przez spokojne, ciemne wsie północnej Wielkopolski. Żadnych znaków na Niebie ani Ziemi, że stanie się coś niezwykłego. A jednak tamtego styczniowego wieczoru wydarzyło się coś, co nie tylko zakłóciło spokojny rytm początku weekendu, lecz także na zawsze odmieniło sposób, w jaki Remigiusz Kolasa postrzega świat.

Utracony czas
Był piątek, 20 stycznia 2023 r., około 19.00. Kolasa, informatyk, wśród znajomych i przyjaciół znany z racjonalnego podejścia do życia, odbiera telefon od kolegi – potrzebna podwózka z Piły do Trzcianki. Nic wielkiego, drobna przysługa. Trasa znana, auto sprawne, głowa wolna od stresu.
To się nie powinno wydarzyć. Ale się wydarzyło – wspomina. Rozmawiamy w miejscu, gdzie jego historia się zaczęła – leśny parking – w tle malownicze jezioro Stobno i szum samochodów mknących pobliską szosą.
– Zawiozłem Maćka na miejsce. Pożegnaliśmy się. Zanim wyjechałem z Trzcianki w drogę powrotną, dałem znać żonie, że będę w domu za około czterdziestu minut. Marzyła mi się ciepła kolacja, a tyle czasu trzeba, aby pokonać tę trasę bez wciskania pedału gazu w podłogę. I tu mała retrospekcja. Kiedy wiozłem kolegę i dojeżdżaliśmy do miejscowości Stobno, mijając po prawej jezioro o tej samej nazwie, poczułem dziwny niepokój, miałem wrażenie, że mrok na zewnątrz jest inny niż zwykle. Ale umówmy się, większość z nas nie przejęłaby się takim spostrzeżeniem. Ja wytłumaczyłem to sobie moją wadą wzroku i skupiłem się na jeździe.
A być może była to zapowiedź wydarzeń, które nastąpiły kilkadziesiąt minut później...
Śniegu nie było, a o tej porze roku w okolicach godziny 20.00 jest już naprawdę bardzo ciemno. Minąłem wioskę Stobno i zbliżałem się do jeziora. I wtedy… Pojawiła się niespodziewanie taka… dziwna substancja. Początkowo myślałem, że to czarna mgła, ale to było gęstsze… jakby organiczne. Czasami używam filmowego określenia czarny blob. Ale to też nie oddaje w pełni istoty zjawiska. Zobaczyłem ją po prawej stronie, mniej więcej metr – półtora metra od maski samochodu. Na początku to wyglądało… jak bakteria. Wielka, gigantyczna bakteria. Pojawiło się dokładnie na wysokości przedniej szyby, po stronie pasażera. Co ciekawe – niezależnie od tego, czy przyspieszałem, czy zwalniałem – to coś w ogóle nie zmieniało swojej pozycji względem auta. Jakby było zamocowane na wysięgniku, dosłownie w niewidzialny sposób „przyspawane” do samochodu. Nie mogłem uwierzyć, ale widziałem to bardzo wyraźnie. Był wieczór, ciemno – tło stanowił las, niemal całkowicie czarny. Ale to coś… ta substancja… była czarniejsza niż ta czerń za oknem samochodu. To trudne do opisania, ale słyszałem już wcześniej, że ludzie, którzy przeżyli coś dziwnego, opisywali to dokładnie tak samo. Owa czerń była głębsza, bardziej intensywna – coś, co trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć. Jechałem dalej, a to cały czas „trzymało się” na tej samej wysokości. To, co opisuję, trwało kilka sekund. Jak później ustaliłem, przejechałem w tym czasie może 500 m, ale dla mnie to była cała wieczność. W pewnym momencie zwolniłem, żeby sprawdzić, czy coś się zmieni – ale nie, ta „rzecz” wciąż pozostawała w tej samej pozycji. W pewnej chwili zaczęła się przekształcać, rozrastała się błyskawicznie. Z tej „bakterii” zaczęły wyrastać jakby odnóża, rozchodziły się w różnych kierunkach. To coś powiększało się, przybierając rozmiary, które zaczęły mnie niepokoić. A potem stało się coś… Nagle, bez ostrzeżenia owa substancja „przelała się” przez przednią szybę, chociaż szyba była na swoim miejscu! Przestałem widzieć fotel pasażera. Serce waliło jak szalone… I nagle wszystko zniknęło.

Remigiusz Kolasa znowu widział szpaler drzew. Samochód sunął spokojnym tempem przez mrok. W głowie kierowcy tłukła się jedna myśl: Co to było? A jednak najdziwniejsze miało dopiero nastąpić.
Dopiero po przejechaniu kilkuset metrów zorientowałem się, że… jadę przez miejsca, przez które wcześniej już jechałem! Cofnęło mnie?! Dosłownie! Coś mnie przeniosło. I kiedy to później mierzyłem, okazało się, że „wróciłem” ponad trzy kilometry w stronę Trzcianki, z której jechałem. Odcinek drogi, który pokonywałem po raz drugi, nie prowadził wyłącznie przez las! Gdyby tak było, może uwierzyłbym, że mój umysł spłatał mi figla wprowadzony w błąd monotonią widoku za szybą. Tymczasem raz jeszcze mijałem ten sam kościół w Stobnie, sklep… A potem znów znalazłem się przy jeziorze!
Dla Remigiusza upłynęły minuty. Ostatecznie przejechanie autem trzech kilometrów nie trwa długo. Bardzo szybko okazało się jednak, że czas jest pojęciem względnym, a zdarza się, iż potrafi się po prostu zgubić.
W pewnym momencie zadzwoniła zaniepokojona żona. Zapytała, co się dzieje? Chociaż byłem podekscytowany tym, co właśnie przeżyłem, odpowiedziałem spokojnie, że przecież jadę. I wtedy padło pytanie, które uświadomiło mi, że zgubiłem gdzieś 40 minut życia! „Skąd ty jedziesz? Z Poznania?”. Okazało się, że trasę z Trzcianki do Piły pokonałem w czasie dwukrotnie dłuższym niż zazwyczaj.





