Są takie sprawy, które z pozoru wydają się zamknięte – wszystko zostało przeszukane, sprawdzone, rozpoznane do ostatniego szczegółu. A jednak często mamy wrażenie, że pozostaje w nich jakaś luka, coś, co wymyka się procedurom, technice i logice działania instytucji. I właśnie w tej luce pojawia się pytanie: czy rzeczywistość jest naprawdę tak jednoznaczna, jak chcielibyśmy w to wierzyć?
Kilka lat temu, na przełomie maja i czerwca, zgłosiła się do mnie rodzina zaginionej kobiety. Wydarzyło się to w niewielkiej miejscowości w okolicach Płońska – zwykłe gospodarstwo, zwykłe życie. Kobieta wyszła rano z domu, jak wiele razy wcześniej, tym razem jednak nie wróciła.
Policja zrobiła wszystko, co należało: przeszukano gospodarstwo i okolicę, użyto psa tropiącego, sprowadzono sprzęt z kamerami termowizyjnymi. Pierwszy trop prowadził do stawu, który dokładnie sprawdzono. Bez rezultatu.
Zrozpaczona rodzina nie poddawała się i w końcu trafiła do mnie.
Nie znałem zaginionej. Nie wiedziałem nic o jej życiu, relacjach ani stanie psychicznym. Kiedy jednak trzymałem w rękach jej sukienkę, pojawiło się coś… trudnego do opisania – nie była to dedukcja ani logiczna analiza. Raczej obraz, fragment rzeczywistości, który odsłonił się na chwilę, jakby ktoś uchylił zasłonę.
Zobaczyłem obejście: dom, drugi budynek tzw. letniak, dwie stodoły. Rodzina potwierdziła każdy z tych szczegółów. Pojawił się też nagły impuls i seria obrazów: jedna ze stodół, drabina, wejście na strych, niewielkie drzwi… Miejsce teoretycznie sprawdzone, a jednak jakby niewidzialne. Opisałem to, choć sam nie rozumiałem, dlaczego właśnie tam kieruje się moja uwaga. Reakcja rodziny była chłodna, wychodzili wyraźnie rozczarowani. Trudno się zresztą dziwić, bo przecież nic nowego im nie powiedziałem.
A jednak po powrocie ktoś postanowił sprawdzić wszystko jeszcze raz.
I to jeszcze raz okazało się rozstrzygające.
Ciało kobiety znajdowało się dokładnie tam, gdzie wskazałem – na strychu stodoły, w miejscu wcześniej przeszukanym. Prawdopodobnie policjant zajrzał tutaj, nie rozglądając się uważnie. Czasem wystarczy brak wnikliwości, aby coś oczywistego pozostało ukryte.
Badania wykazały, że kobieta popełniła samobójstwo przez powieszenie. Sprawa formalnie została zamknięta. W rzeczywistości jednak dopiero się zaczęła.
W rodzinie pojawiły się napięcia, próby znalezienia winnego, wzajemne podejrzenia i oskarżenia. To zrozumiałe w sytuacji śmierci, która wydaje się być pozbawiona sensu.
Od początku miałem inne odczucie, przekonanie, iż była to decyzja podjęta w samotności.
Nie to jednak jest tu najważniejsze.
Najważniejsze są pytania, które wracają po takich sprawach: Czym jest ślad, który można odczytać? Jak to możliwe, że nieznane miejsce ujawnia się z taką precyzją? Skąd bierze się informacja, której nikt wcześniej nie przekazał?
Coraz częściej myślę o rzeczywistości jako o strukturze informacji – nie jako o zbiorze rzeczy, lecz sieci powiązań. W takim ujęciu wszystko pozostawia zapis. Nie tylko fizyczny, ale również subtelny, trudny do uchwycenia.
Technologia, Internet, bazy danych, systemy wyszukiwania, wszystko to działa według podobnej zasady. Wpisujemy właściwe słowa i docieramy do informacji, której wcześniej nie znaliśmy. Warunek jest jeden: trzeba wiedzieć, jak szukać.
W mojej pracy takim kluczem bywa zapach przedmiotu należącego do zaginionej osoby. Ale nie chodzi wyłącznie o materię. Chodzi raczej o stworzenie połączenia – stanu, w którym informacja przestaje być obca.
Co istotne, doświadczenie to nie przypomina kontaktu ze śmiercią. Wręcz przeciwnie. Miewam wrażenie, jakby to, co zostało utracone, wciąż istniało, lecz w innej formie, dostępnej nie przez zmysły, ale przez odczucie.
A to prowadzi do wniosku, ani łatwego, ani jednoznacznego.
Być może świat nie jest zbiorem oddzielnych zdarzeń, lecz ciągłym ich zapisem. Być może nic nie ginie całkowicie, lecz zmienia sposób istnienia. A my, w rzadkich momentach, potrafimy ten zapis odczytać.
To nie jest wiedza pewna. Raczej kierunek myślenia.
Jeśli wszystko jest informacją, granica między znanym a nieznanym przebiega inaczej, niż sądzimy. Być może nie chodzi o to, czy coś istnieje, lecz o to, czy potrafimy znaleźć właściwy sposób, by to dostrzec.
I może właśnie w tym kryje się sens takich historii. Nie w zdarzeniu, lecz w pytaniu, które po nim zostaje. Czy rzeczywistość jest zamknięta i nam znana, czy tylko częściowo odczytywana? A jeśli tylko w części, to jak dużo jest dla nas niedostępne?





