Najistotniejsze jest, żeby w tej grze wytrwać. Poproszony, mógłbym bez trudu wyliczyć szereg moich wad i niedostatków, stanów ducha zawinionych i niewinnych jak lilia, trudnych i łatwych.
Tu mam do przodu, tam do tyłu, czasem do przodu i do tyłu jednocześnie. Zakochany bywałem raz bardzo, raz średnio, częściej bardzo. Do jednego życia byłem za młody, do drugiego za stary. Do tego za trzeźwy, do tamtego zbyt pijany, za głupi, za mądry. To obsobaczają mnie za grafomanię, to chwalą za talent.
Mam wielki podziw i uznanie dla życia za to, że wszystko, co stanowi mnie, jakimś cudownym sposobem potrafi utrzymać w kupie. A ja jeszcze bezczelnie staję przed nim i nieustannie wygłaszam jakieś androny, albo, co już zakrawa na stan wymagający medycznej interwencji, serwuję dobre rady.
Słowem czysty kalejdoskop: raz duszno, raz świeżo, raz dziarsko, raz trupio, raz winny, raz niewinny, raz debet, raz ma. Obiektywnie rzecz biorąc, wiem, że się wrednie czepiam, pomimo że rozumiem jego – życia – racje. Rozumiem przesłanki, motywy, sytuacje, okoliczności, rozumiem wszystko, łącznie z tym, czego jeszcze nie wymieniłem, bo na to nie wpadłem, i to, co świadomie pominąłem.
Wiem, bilans wychodzi mi ujemny, a na dodatek rozsądek szczerzy zęby w krzywym uśmiechu i sobie ze mnie drwi. A chodzi mi wyłącznie o to, że brakuje mi sił do dalszego znoszenia tego, czego na mnie, starym facecie, dokonują moje uczucia i pragnienia. Mam serdecznie dość tego emocjonalnego bajzla, któremu podlegam, a życie podsuwa wciąż nowe emocje.
Parokrotnie już wydawało mi się, byłem nieomal pewien, że po prostu ta cała heca z życiem, nie jest warta życia. Mam na myśli, że jeśli nadzieje są zbyt wielkie, to nawet drobne sprawy niosą z sobą kłopoty, gdyż wyrastają na duże. Już wyjaśniam, w czym rzecz.
Jedni kolekcjonują w życiu wiedzę teoretyczną, inni wiedzę praktyczną, jeszcze inni coś innego, co im pasuje. Ja grzebię sobie w głowie i tak gromadzę pustą, niezbyt potrzebną i wysoce niepraktyczną wiedzę o sobie, tym sposobem dokładając do nic, kolejne porcje niców. Jednakże uważam, że istnieje we mnie i w innych do mnie podobnych coś, co nas ratuje. Jest to wiara w życie po życiu, inaczej mówiąc przekonanie, że to, co jest, skończy się jednak happy endem. Moja Babcia miała takie powiedzenie: Życie jest jak gówno na kole, raz na górze, raz na dole.
I tak sobie podróżuję – wyposażony przez – jednak – litościwe dla mnie życie, we fragmenty myśli składające się na wyobraźnię. Jestem jej dzieckiem, a zarazem ofiarą.
Zrobiłem pranie i się suszy. Dziwne to, ale wrzucając wyprane już ciuchy do suszącągo je bębna uzmysłowiłem sobie, że moja garderoba jest kolorystycznie beznadziejna. Nieomal tylko czarne, trochę białego, a wszystko jak ja sam, solidnie wyprane z koloru.
dPN
andrzej.szmilichowski@gmail.com





