Okres przemian był zapowiadany jako prowadzący do konfrontacji ludzi z wiedzą o tym, kim są naprawdę, jako epoka prawdy, wejście do sali luster itp. Będzie to trudny proces, z uwagi na to, że obecna kultura sprzyja wglądowi w swoje wnętrze. Jest jednak coś, co może ludziom pomóc w tych konfrontacjach – uświadomienie sobie decydującej roli symbolu w ich postrzeganiu rzeczywistości
Przeciętny człowiek wyobraża sobie, że to, co widzi (w sensie psychologicznego postrzegania, a nie tylko działania wzroku), zależy tylko od logiki, ale tak wcale nie jest. Często uzasadnienia przyczynowo-skutkowe są dorabiane po fakcie do tego, jak ktoś widzi rzeczy wokół, dając iluzję kontroli nad swoją percepcją. W gruncie rzeczy jednak rządzi tu myślenie symboliczne, które bardzo różni się od konwencjonalnej logiki. Umysł (zwłaszcza nieświadomy) odczytuje bowiem rzeczywistość poprzez symbol. Symbol bowiem nadaje znaczenia rzeczom. Określa on, że coś ma być widziane/odczytane w taki, a nie inny sposób, co często prowadzi do sytuacji, że jeśli jakiś stan czy fakt z nim koliduje, to nie jest wówczas widziany. Na tej zasadzie długo nie dostrzegano np. niemoralności części kleru.
Skala władzy symbolu bywa szokująca, a już na pewno robi wrażenie. Chciałbym tu jedynie przedstawić parę przykładów, ilustrujących tę decydującą rolę symbolu – określającą ile człowiek może zobaczyć.
Zacznę od bardzo prostej sytuacji. Galileusz był jednym z pierwszych ludzi posługujących się lunetą (a w zasadzie teleskopem soczewkowym, który udoskonalił) – jeszcze małą i prostą, jednak pozwalającą zobaczyć coś więcej niż gołym okiem. Pewnego dnia postanowił popatrzeć na Słońce (przy okazji: jeśli ktoś ma lunetę, to nie należy tego robić, gdyż grozi to wypaleniem oka. Podczas gdy uczony obserwował naszą najważniejszą gwiazdę o zachodzie, a potem stosował metodę projekcji, czyli rzucania jej obrazu na kartkę) i widząc plamy słoneczne doznał szoku. Nie rozumiał oczywiście, czym są, ale postanowił się podzielić tym odkryciem z hierarchami Kościoła, oferując przy okazji możliwość skorzystania z jego sprzętu, by sami mogli się o tym przekonać. Odpowiedź jednego z przedstawicieli Kościoła była zaskakująca:
Słońce jest widzialnym obrazem Boga. Bóg jest doskonały, zatem i Słońce jest doskonałe, więc plam nie ma i nie ma na co patrzeć.
Symbol określał w tym przypadku, co ludzie ci mogli, a czego nie mogli w związku z nim widzieć… Nie była to rzecz jasna jedyna reakcja hierarchii i teologów na odkrycia Galileusza, ale chodzi mi tu o zwrócenie uwagi na ten konkretny tok rozumowania. Wspomniany obraz Boga można bowiem uznać za symbol.
Inny przykład, mocno wstrząsający. Kilkanaście lat temu w Irlandii wybuchł wielki skandal, gdy na terenie instytucji kościelnej Bön Secours Mother and Baby Home znaleziono nielegalne pochówki ok. 800 dzieci. Okazało się, że w tej instytucji, mającej dać schronienie oraz opiekę samotnym matkom i ich pociechom, te ostanie umierały w wyniku bardzo złego traktowania. Wszczęte dochodzenia wykazały, że w Irlandii, na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zmarło w kościelnych instytucjach ok. 9 tys. dzieci. Nie można oczywiście wprost oskarżać Kościoła (a raczej zakonnic) o zabójstwo podopiecznych, a jedynie pośrednio, bo na ogół umierali oni z powodu fatalnych warunków bytowych. Niemniej obraz piekła dzieci wywołał falę oskarżeń. Tak silną, że zapoczątkowała zmierzch irlandzkiego Kościoła.
Wszyscy byli wstrząśnięci upadkiem moralnym instytucji. Jeśli jednak głębiej się nad tym zastanowić, to mamy do czynienia z dramatyczną prawdą – nie jest bowiem możliwe, by trwający przez dziesiątki lat proceder z udziałem tysięcy osób, pozostawał dla ogółu tajemnicą. Po prostu instytucja Kościoła (czyli symbol) jakby limitował, co ludzie mogli widzieć. Dopiero gdy ten psychologiczny, nieświadomy fundament ich percepcji się zachwiał, zaczęli dostrzegać to, co się działo. Czyli dopóki symbol Kościoła pozostawał nienaruszony, to on określał ludziom, jak mogą tę instytucję widzieć – czym jest, a czym być nie może. Jest to istotne z punktu widzenia obecnych przemian, również w tym sensie, że pokazuje konieczność rewizji pewnych symboli, aby autentyczne zmiany, a zwłaszcza skierowanie kultury na tory rozwoju, mogły stać się w ogóle możliwe.
Rzadko się nad tym zastanawiamy w naszym świecie, ale sam ten mechanizm, warunkujący percepcję, jest wszechobecny. Wiele ikon popkultury, np. wielbionych przez młodzież youtuberów, czy celebrytów, niewiele naprawdę sobą reprezentuje i podobne opętania treściami nieświadomymi (parafrazując Ericha Neumanna) nie byłyby możliwe, gdyby świadomość była dopuszczona do głosu.
Również w przypadku religii jest to mechanizm rządzący kontaktem z rzeczywistością. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby msza święta pozbawiona została wszystkich treści symbolicznych – od szat liturgicznych, gestów i formułek, na krzyżu kończąc. nabożeństwo taka ceremonia straciłoby moc wpływania na zwykłych ludzi. Nie jest to prawdą łatwą do zaakceptowania, ale nasza cywilizacja, według Neumanna oparta na nieświadomym fundamencie, jest klasycznym przykładem dominującej roli percepcji symbolicznej. Zrozumienie roli symbolu jest nie tylko umożliwieniem ludziom nadążania za zmianami, ale jest zarazem warunkiem odejścia od wzorców, które pogrążyły dotychczasowy świat. Argumenty racjonalne mają dużo mniejszy wpływ na takie przewartościowania, niż większość ludzi sądzi.





